Zofia Mossakowska, Akrobaci

Gdyby nie piękna Helena, Antek  wcale nie wychodziłby z domu, uwięziony w inwalidzkim wózku. Gdyby nie Antek, Helena skupiłaby się wyłącznie na własnym życiu – i być może udałoby się jej zostać czyjąś żoną, tłumaczyć Owidiusza. Ale gdyby nie oni oboje, spory światek ludzi zapomnianych tkwiłby w swoich chorobach, lękach, uprzedzeniach, samotnościach. Tymczasem jej wpadł do głowy pewien pomysł, a on stał się twórczym jego realizatorem – wspólnie ożywili umierający w czasach fejsbuka staroświecki zwyczaj pisania listów. Nie bez niespodzianek, napięć i rozczarowań. Ale i tak ratujący stali się uratowanymi. Rozesłane uczucia wróciły powrotną pocztą.  Wydawnictwo JanKa, 2016

Fragment:

– Cześć, Akrobato!
Dopiero zbliżała się do progu mojego pokoju. Uprzedzała mnie, zupełnie jakbym mógł myśleć, że ktoś inny mnie odwiedza.
– Fajnie, że cię zastaję w domu.
To była nasza gra. Zawsze ta sama.
– Już miałem wyjść, ale przyszło mi do głowy, że wpadniesz. To zrezygnowałem.
– Cholernie miło z twojej strony. Zajebiście.
– Wiem. Ja po prostu taki jestem: zajebisty.
Wyglądała jak zwykle, czyli zmęczona i niedospana.
To dla mnie zagadka, co doprowadza ją do tego stanu. Teoretycznie mogła i odpocząć, i porządnie się wyspać. Chciałem wiedzieć, dlaczego tego nie robiła. Zamiast tego miałem pewność, że ominą mnie wszelkie wyjaśnienia. Niekoniecznie z braku zaufania czy dlatego, że jako facet nie zrozumiem. Ona i ja generalnie się rozumieliśmy. Więcej, byliśmy przyjaciółmi. I całkiem nieźle się nam to udawało, mimo teoretycznie konfliktogennego układu.
Facet i kobieta. Należy dodać, że dwukrotnie starsza.
– To chyba głupio brzmi, kiedy stara ciotka używa takich słów, co? – zapytała. W założeniu miało  być chyba dowcipnie. Wypadło tak sobie.
– Takich jak „zajebisty”?
– Na przykład… Ale znam gorsze.
– Wierzę ci. – Nie chciałem jej zachęcać. Czasem inicjowała takie wprawki, bez zachwytu z mojej strony. Poza tym wiedziałem, że za chwilę wejdzie mama. – Nie jesteś stara. A ciotka z ciebie przyszywana, żadna prawdziwa.
– To coś zmienia?
– Właściwie nie – przyznałem. Oboje roześmieliśmy się, prawie w tej samej chwili.
Była jedyną osobą, z którą umiałem się śmiać.
Jak zawsze przyniosła swoją wierną torbę. Był to przeogromny egzemplarz, ciężki i nieporęczny. Siadając na moim łóżku – ja jak zwykle okupowałem miejsce przy biurku – przekładała ją sobie z ramienia na kolana. Wyglądało to tak, jakby ją tuliła. Zamiast dziecka, którego nie miała.
Ktoś – ktoś głupi – mógłby tak pomyśleć.
Pogładziła tę torbę. Był to bardzo czuły gest.
– Dla ciebie. – Jej dłoń zanurkowała głęboko. Wróciła wypełniona aksamitem. Pąsowe etui, doskonale mi znane. Podobnie jak ten kolor. Majestatyczna czerwień. Często myślałem, że wybrała ją ze względu na mnie.
– Dzięki. – Odebrałem od niej etui. Taką czerwienią mienił się mój cyrkowy kostium. – Dużo tego?
– Do pełna.
– Super. Przyda się na wakacje nad morzem.
– Chcesz jechać nad morze?
– Ja nie, matka. Uważa, że tego potrzebuję.
– Pewnie tak jest.
– Może.
Ponowny wspólny śmiech.
– A ty nie masz ochoty?
– Nie wiem. – Byłem z nią szczery. – Sto lat nie byłem nad morzem.
– Można wiedzieć, jak ty to liczysz, smarkaczu?
– I tak byś nie zrozumiała.
– Fakt – potwierdziła natychmiast. – W liczeniu jestem kompletnym matołem.
Oczywiście kłamała.
– A jakbyśmy tak razem pojechali? – zapytała po chwili, z uśmiechem.
– My? – Chciałem to przedłużyć. Jej uśmiech zawsze mnie powalał. Choć w moim wypadku jest to może głupie określenie.
– Może nad morze? – rzuciłem w powietrze.
– Może. – Ale może miała na myśli „morze”. Nie wiem.
– Ja, ty i matka?
Pokręciła głową. Jakby mnie karciła.
– Nie, smarkaczu, w odwrotnej kolejności.
Teraz ja pokręciłem głową, trochę za szybko.
Nie. Żadnego wyjazdu.
Poczułem jej dłoń na swojej. Była zimna. Jak dotąd nie pojąłem, dlaczego ktoś taki jak ona ma zimne dłonie.
– Spacer? – zaproponowała łagodnie. – Co powiedziałbyś na cudowny spacer dookoła bloku?
Potrzebowałem paru sekund.
– Okej – zgodziłem się . – Może być nawet do naszego cudownego parku.
– Wow, smarkaczu! – powiedziała. – Naprawdę odważny z ciebie facet.
Zajrzała mi w oczy. Ktoś może dodałby: „zalotnie”.
– Zaraz tam smarkacz.
Wypchnęła do przedpokoju wózek inwalidzki.
Oraz mnie. W nim siedzącego.

Teraz już wiecie.
Jestem akrobatą i mam niesprawne ciało. Tak na dobre.
Co oznacza, że nigdy nie będę chodził. Nie tylko tak jak wcześniej, czyli jak cyrkowiec. Po linie, równoważni albo po barierce. Nie, ja nie będę chodził wcale. Nie stanę w pozycji pionowej, na dwóch nogach. Moje stopy mnie nie podeprą. Nie poczuję ani tych nóg, ani tych stóp, ponieważ moje czucie kończy się mniej więcej na splocie słonecznym.
Dobrze, że pozostał mi ten splot. Słoneczny.
Istnieją teorie twierdzące, że splot słoneczny jest jednocześnie odbiornikiem i nadajnikiem łączącym jednostkę – czyli człowieka – ze wszechświatem. Jest rodzajem czułej membrany reagującej na drgnienia cząsteczek kosmosu.
Czułej, inaczej drażliwej.
O, tak. To na pewno.

ostatnia aktualizacja: 16 lipca 2016, katarzyna


Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.


*