Zbigniew Zborowski, Pąki lodowych róż

Nie każdy rodzinny sekret nadaje się do albumu. Niektóre budzą demony…

Ania i Bartek przeżywają kryzys. Na pozór banalny, taki sam, jaki dopada setki innych par. Ona jest w ciąży, on nie ma pewności, czy dojrzał do roli ojca. Okazuje się jednak, że problem tkwi głębiej. Dotyka spraw, które wydarzyły się wiele lat wcześniej.

Drążenie starej rodzinnej tajemnicy, w którą wplątana była nie tylko babcia Bartka, ale też PRL-owscy oraz sowieccy notable, budzi wojenne demony. Bo wojna przecież się nie skończyła… Tli się w Afganistanie, Czeczenii, a nawet w mrocznych zaułkach Moskwy. Czy nieostrożność Anny i Bartka ściągnie jej odpryski także do Warszawy? Czy tych dwoje potrafi stawić jej czoła? Czy rozwiązanie zagadki, która przed laty pochłonęła życie wielu osób, pomoże im na nowo odnaleźć miłość?

Źródło opisu i okładki: www.zysk.com.pl

Zobacz recenzje:
http://ksiazki-moj-maly-swiat.blog.pl/2015/10/28/paki-lodowych-roz-zbigniew-zborowski/
http://przeglad-czytelniczy.blogspot.com/2015/10/zbigniew-zborowski-paki-lodowych-roz.html

 

————————————————————————
Fragment:

Grudzień 2014. Warszawa
Lena
Taniec na rurze, czyli „pole dance”, był kiedyś dla niej jedynie modną rozrywką, formą rekreacji, za którą słono płaciła w jednym z najlepszych klubów fitness w Doniecku. Jako pracownik naukowy instytutu fizyki Donieckiego Narodowego Uniwersytetu Technicznego nie zarabiała wprawdzie tak dużo, żeby bez ryzyka zawalenia domowego budżetu móc fundować sobie miesięczny karnet all inclusive w miejscu, w którym trenowała elita, ale jeszcze na początku roku zupełnie nie liczyła się z pieniędzmi. Po co, skoro i tak miała lada miesiąc wyjechać do Genewy? Jako jedynej na całej uczelni, ba, jedynej ze wszystkich ośrodków akademickich na Ukrainie, udało jej się zdobyć prestiżowy grant na prowadzenie badań w sławnym szwajcarskim instytucie CERN, największym na świecie akceleratorze, w którym dopiero co udało się potwierdzić istnienie bozonu Higgsa, boskiej cząstki nadającej całej materii we wszechświecie masę.
Powiedzieć, że była z tego dumna, to za mało. Lena, która tytuł doktora fizyki uzyskała zanim jeszcze stuknęła jej trzydziestka, teraz, zaledwie sześć lat później prowadziła już własne, pionierskie prace badawcze i tylko dlatego nie objęła jeszcze stanowiska kierownika katedry, że Ukrainą wciąż rządził nepotyzm, korupcja, a przede wszystkim męski szowinizm… no więc krótko mówiąc, Lena poczuła się jakby urosły jej skrzydła. Zagrała na nosie tym wszystkim opasłym akademikom, którzy stopnie naukowe dostawali jeszcze w czasach Związku Radzieckiego! Pokazała nadętym zbukom, że kobieta potrafi! Bez znajomości, koneksji, łapówek i seksu z panem dziekanem. A przede wszystkim – bez siusiaka w spodniach. Kręcili na nią nosami, podśmiewali się, widzieli w niej tylko cycatą okularnicę, prymuskę i kujona. No to dostali za swoje. Lata samotnej pracy, rezygnacja z rodziny, męża i dzieci oraz kredytu na mieszkanie wreszcie przyniosły efekty. Jechała do Genewy pracować z najlepszymi! A ci wszyscy odęci profesorkowie od puszczania bąków na ciepłych posadkach zostawali tutaj!
A potem do Doniecka weszły „zielone ludziki”… I wszystko zgasło, skończyło się. Uniwersytet przeniesiono do zapadłego, niespełna osiemdziesięciotysięcznego Krasnoarmiejska, a obrażony jej arogancją rektor (miała czelność posłać swój projekt bezpośrednio do Genewy z pominięciem jego osoby!) nie miał czasu podpisać jej ostatnich, niezbędnych do wyjazdu papierów. Co więcej, straciła pracę. Fizyka kwantowa jako dziedzina zbyt oderwana od życia przestała być uczelni potrzebna. Ważniejsze było górnictwo i technologia wytopu stali. Niemal z dnia na dzień z gwiazdy ukraińskiej nauki Lena stała się jedną z tysięcy bezrobotnych, którzy nie mieli czego do garnka włożyć na terenach opanowanych przez rosyjskich separatystów. A wolny świat, który jeszcze niedawno wyciągał ku niej ramiona, odwrócił wzrok. Grant dostał ktoś inny, korespondencja z Genewą wygasła. I okazało się, że jedynym krajem, który był jeszcze gotów zapraszać do siebie Ukraińców to ta napuszona, zaściankowa i rasistowska Polska, którą zawsze miała w pogardzie. Lena zostawiła więc w Doniecku schorowaną matkę, przyrzekając solennie ściągnąć ją do siebie, kiedy tylko w nowym miejscu trochę się ustabilizuje. I wyjechała. Tyle tylko, że cóż ona, doktor fizyki, miałaby w tej Polsce robić? Tu też nikt nie cenił naukowców. Zwłaszcza tych noszących spódnicę. A do tego jeszcze nikt sobie nie wyobrażał, żeby kobieta z Ukrainy mogła nad Wisłą robić cokolwiek innego niż sprzątanie mieszkań lub świecenie tyłkiem w burdelu. Przeklęte Lachy!
Lena szybko wydała tu wszystkie skromne oszczędności, śląc listy motywacyjne do różnych uczelni i pilnie ucząc się polskiego. Miała nadzieję przytulić się w jakiejś katedrze fizyki, dostać ćwiczenia ze studentami, przeczekać nawałnicę. Nic z tego. Odpowiedzi, o ile w ogóle przychodziły, były sztampowo grzeczne i niezmiennie odmowne. Została więc najpierw sprzątaczką i opiekunką jakiegoś staruszka, a potem trafiła w końcu do klubu. Tyle że nie był to klub fitness a go–go. Co drugą noc tańczyła w miejscu opodal warszawskiego centrum. Na początku wieczoru majtała gołymi cyckami, owijając ciało na rurze, a kiedy klientela się rozochociła – odstawiała tańce na indywidualne zamówienia po 150 złotych za cztery minuty ocierania się tyłkiem o ich uda. Ona, doktor fizyki, pozwalała pijanym spaślakom klepać się po pośladkach i mizdrzyć do niej w zamian za postawienie drinka. Fakt, że drink kosztował stówę, z której to kwoty Lenie przypadało 70 złotych. Dostawała dwie trzecie z każdego tańca, niemal trzy czwarte wartości drinka i dziesięć procent, jeżeli klient zdecydował się postawić jej butelkę szampana za tysiąc złotych do wypicia w VIP–roomie. Kilka takich tańców, parę drinków i pół godzinki popijania bąbelków w oddzielonej od reszty sali frędzelkami niszy dla tak zwanych VIP–ów, stanowiło dochód równy jej tygodniowym zarobkom w Doniecku. O bozonie Higgsa już nie myślała.
Tej nocy, jak zwykle wyszła w szpilkach na długi i wysoki na ponad metr wybieg czy raczej barową ladę, modląc się, żeby na emaliowanej powierzchni nie wywinąć orła. Jej biust w rozmiarze D zachęcająco kołysał się na boki, budząc w stłoczonej poniżej gawiedzi pełne zachwytu gwizdy, godowe ryki i obleśne cmoknięcia. Ona jednak tego nie słyszała. Nauczyła się nie zwracać na tę czerń uwagi, nie widzieć, nie słyszeć, nawet nie czuć. Z przyklejonym do twarzy uśmiechem docierała do lśniącej rury rozgrzanej dotykiem dziewczyn występujących przed nią i zroszonej ich potem, a potem robiła, co musiała. Fizycznie dawała radę bez problemu. Psychicznie? Też. Raczej też. Nieważne. I tylko z dnia na dzień narastała w niej wściekłość, uraza i pogarda do tych żałosnych gardzących Ukraińcami Polaczków, co to się mają za wielkich panów, szlachciców, sarmatów, husarzy i lisowczyków, a tak naprawdę nie widzą, że ich czas już minął, a sami są tylko żałosną karykaturą dawno rozsypujących się w grobach przodków.
W rytm Lady Gagi zawirowała na chromowanym drążku, a jej jasne włosy zatoczyły świetlisty krąg wokół głowy. Nie zatrzymując się, zrobiła zwrot i trzymając się rury jedynie zgiętą prawą nogą, zwisła w dół i powoli zjechała aż nie dotknęła wyciągniętymi rękami podłogi wybiegu. Koniec. Następne wyjście za pół godziny. Wstała i rozkołysanym krokiem ruszyła z powrotem. Szła powoli, bo za kostki, łydki i biodra chwytały ją dziesiątki spoconych dłoni.
W garderobie opadła na krzesło i spojrzała w lustro. Zobaczyła w nim zimną, zaciśniętą niczym pięść twarz. Swoją twarz. Wtedy dobiegł ją z drugiego końca salki głos szefa klubu instruującego jakąś przerażoną nowicjuszkę, która miała dziś dać pierwszy występ.
– Spoko, dziewczyna, nie musisz umieć tańczyć. Oni i tak będą patrzeć na twój tyłek i cycki.
Lena wydęła usta, a potem powoli wypuściła powietrze. Rany, jak ją ci ludzie wokół wkurzali! Nawet ta żałosna para idiotów, u których wynajęła piętro domu – Anka i Bartek. Choć niby przyjaźni i sympatyczni, na pewno skrycie nią gardzili. Jedynie ta stara babuszka Zofia, początkowo budziła jej sympatię. Lena starała się jej nawet pomagać przy kuchni, rozmawiać. I jak się babsko jej odwdzięczyło? Szkoda słów! Dobrze, że chociaż młodzi nie mają pojęcia, co się kilka tygodni temu stało w ich domu. I co było prawdopodobnie przyczyną wylewu u tej ich Zofii. Lena poczuła nawet z tego powodu lekkie wyrzuty sumienia, ale zaraz je w sobie stłumiła. Co się stało, to się nie odstanie. Zresztą, babuszka była już dobrze po dziewięćdziesiątce. I tak chyliła się do grobu.
– Babuszka – szepnęła bezgłośnie do swojego półnagiego odbicia. Na dźwięk tego słowa w jej stwardniałym sercu coś drgnęło. Przypomniała sobie swoją matkę, która też mogłaby być już babcią. Aleksandra dobiegała już przecież do sześćdziesiątki! Kiedy Lena uciekała z Doniecka, obiecywała zabrać ją wkrótce do siebie. I słowa, choć trwało to dłużej niż myślała, prawie dotrzymała. Za kilka dni, mamoczka wysiądzie z samolotu na warszawskim lotnisku Chopina. Nie było łatwo. Początkowo zdobycie polskiej wizy dla niej wydawało się niemożliwe. Tak samo jak wydostanie Aleksandry przez linię frontu z Donieckiej Republiki Ludowej. Trzeba też było opłacić jej podróż. Koszty wprawdzie nie grały roli, ale organizacja tego wszystkiego strasznie się ślimaczyła. Chwilami Lena traciła nawet nadzieję, że wyciągnie mamoczkę z tego piekła. Aż tu nagle, kilkanaście dni temu, wszystkie trudności zniknęły jak ręką odjął! Aleksandra dostała od Polaków wizę, a od rosyjskich separatystów prapusk na wyjazd do Kijowa. Niesamowite! Ledwo Lena zdążyła pogadać z Anną i Bartkiem, że na święta spodziewa się gościa. Na szczęście poczciwcy nie protestowali. Zapomniała im jedynie dodać, że mama już na Ukrainę nie wróci. Nie puści jej z powrotem. Ciekawe, czy będą się ciskać? Nie dbała o to. Bo jeśli nawet… To takie gołodupce, że jak im rzuci parę złotych miesięcznie więcej za wynajem, na pewno pozamykają dzioby.
I tylko jedna rzecz wciąż ją niepokoiła. Zanim jeszcze ruszyły procedury wizowe, w listopadzie mama przesłała jej maila. Sama zupełnie nie znała się na Internecie, ale swojego komputera użyczali jej czasem sąsiedzi z bloku. Można było na ich adres przesyłać listy, a oni je Aleksandrze drukowali i zanosili do mieszkania. A potem zapraszali ją do siebie, żeby przedyktowała im odpowiedzi. Oczywiście, o ile akurat był prąd. Trochę było to więc uciążliwe, ale zapewniało im łączność. No więc pewnego jesiennego dnia Aleksandra napisała córce, że wkrótce dostanie wizę i przyjedzie do Warszawy. Z kuzynką. Lena tak się ucieszyła, że dopiero kilka dni później zadała pytanie: „A właściwie, to z kim przyjedziesz?”.
„Nie martw się o nią” – odpowiedziała mama. „Poradzi sobie w Polsce sama. Poproś tylko swoich gospodarzy, żeby przenocowali ją przez jedną, góra dwie noce”.
Lena okryła się szlafrokiem, energicznie zacisnęła na swojej smukłej talii pasek. A potem, wciąż gniewnie patrząc w lustro, zwróciła się do własnego odbicia:
– Jaka, do diabła, „kuzynka”?! Przecież my nie mamy kuzynek!

ostatnia aktualizacja: 30 października 2016, ewake


Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.


*