Wywiad z pisarzem Bohdanem Głębockim

Dlaczego piszesz książki, w których wielką rolę odgrywa magia? Skąd  wzięło się u Ciebie zainteresowanie ezoteryką?

Skoro już rozmawiamy o magii, to odpowiem w baśniowym stylu. Dawno, dawno temu, w poprzednim tysiącleciu mieszkałem w kraju, który przeszedł już do historii. W tym państwie panował powszechny niedobór. Brakowało w zasadzie wszystkiego, także książek. Chociaż, nie – oddając sprawiedliwość tamtym czasom, trzeba przyznać, że książki jednak były, ale niekoniecznie takie, które ktokolwiek chciałby przeczytać. Natomiast po te bardziej ciekawe ustawiały się kolejki. Właśnie w ten sposób udało mi się dopchać do pewnej powieści, która – nie waham się użyć tego słowa – odmieniła moje życie. Jako trzeci w kolejności mogłem przeczytać wypożyczone z biblioteki „Dwie wieże”, drugą część trylogii „Władca pierścieni” (później przeczytałem część trzecią, a pierwszą na końcu). Ale to wszystko było nieistotne. Liczyła się tylko opowieść. Pokochałem fantasy, a magia jest nieodłącznym elementem tego gatunku. „Muszą Górę” uważam zdecydowanie za powieść fantasy, tyle, że w nieco innym kostiumie. Później zainteresowałem się znaczeniem magii w kulturze. Natomiast nigdy jej nie uprawiałem ani w wersji białej, ani w czarnej. 😀

Skąd czerpiesz informacje, które następnie wykorzystujesz w swoich książkach?

Jestem z wykształcenia historykiem, zatem naturalnym środowiskiem są dla mnie źródła historyczne. Nieocenionym źródłem informacji o życiu codziennym są stare gazety. „Musza Góra” rozpoczyna się cytatem z „Kuriera Poznańskiego” i jest to wiadomość, która rzeczywiście ukazała się w tej gazecie. To był impuls, pierwsza cegiełka. Korzystam także z opracowań historiograficznych. Lubię przedwojenne filmy, w których mogę oglądać ówczesne życie. Niezbyt często korzystano wtedy z naturalnych plenerów, ale nawet jeśli jakaś scena rozgrywa się w studio, to i tak na planie „grają” rekwizyty z epoki. Dobrym źródłem ikonograficznym są także albumy ze zdjęciami z dwudziestolecia. Ostatnio na rynku pojawiło się bardzo dużo takich publikacji.

Twoje książki dzieją się w przedwojennym Poznaniu ponieważ jest to idealna sceneria do powieści sensacyjno-ezoterycznej? Dlaczego wybrałeś Poznań jako miejsce akcji?

Nie uważam, by Poznań był jakimś szczególnym miejscem dla działalności różnych towarzystw zajmujących się okultyzmem w międzywojniu. Pod tym względem Warszawa biła na głowę całą Polskę. W Wielkopolsce niewiele się działo w branży magicznej. Zatem o wyborze Poznania na miejsce akcji zadecydowały inne względy. To jest po prostu moje miejsce na ziemi i chciałem je na swój sposób opisać. „Musza Góra” rzeczywiście w większości toczy się w samym Poznaniu lub w pobliskich miejscowościach. Jednak w kolejnych częściach bohaterowie, będą się wypuszczać coraz dalej od Poznania. A w części trzeciej pewna bardzo ważna postać będzie nawet mieszkać przez jakiś czas właśnie w Warszawie. Ale wybór miejsca miał jeszcze inne uzasadnienie. W przypadku Poznania, mogłem wszystko, albo prawie wszystko sprawdzić na własnej skórze. Przykładowo, że droga z punktu X do punktu Y zajmie osobie idącej szybkim krokiem kwadrans. W przypadku Warszawy jest to dla mnie już dużo trudniejsze, a jeśli weźmiemy pod uwagę Warszawę przedwojenną, w zasadzie niemożliwe.

Czy masz mistrzów literackich? Czy inspiruje Cię czyjaś twórczość?

Kiedyś zdecydowanie był to Tolkien. Później Caleb Carr otworzył mi oczy jak można pisać o czasach minionych. „Alienistę” pochłonąłem błyskawicznie. Z osób piszących w klimatach retro na pewno mógłbym wymienić jeszcze Borisa Akunina i Marka Krajewskiego. U Douglasa Prestona i Lincolna Childa zafascynował mnie sposób narracji. Nie sposób pominąć także Georga R. R. Martina, którego czytałem i podziwiałem na długo przed wybuchem gorączki związanej z „Grą o tron”. Ten sposób pisania fantasy to dla mnie wzorzec niedościgniony.

Wracając do inspiracji, co jeszcze Cię inspiruje?

Lapidarnie rzecz ujmując, otoczenie. Jestem jak gąbka, albo jak wampir – chłonę od ludzi z którymi się stykam wszystko co się da. To mogą być imiona, powiedzonka, jakieś charakterystyczne zachowania. Każdy może zostać moją ofiarą.

Jaką masz metodę pisania? Od czego zaczynasz tworzenie powieści? Co jest następnym etapem?

W tej dziedzinie nie czuję się specjalnie ekspertem, bo „Musza Góra”, „Ślepe Ryby” i „Morowe Chłopy” to tak naprawdę jedna opowieść. Mam więc dość skromne doświadczenia. Wszystko zaczęło się od pomysłu, że na placu budowy, przy odkopanym żydowskim cmentarzu, zostaje popełnione przestępstwo. Początkowo nad rozwikłaniem tej zagadki miał pracować prywatny detektyw Antoni Kaczmarek. Szybko uznałem, że dochodzenie powinna prowadzić jakaś osoba urzędowa. Tak pojawił się Andrzej Szubert. Kaczmarek nie radził sobie w życiu codziennym, powołałem więc do życia Basię. Później okazało się, że Barbara posiada zdolności parapsychiczne. Historia z „Muszej Góry” jest wielowątkowa, zacząłem więc od zestawienia scen dotyczących najważniejszych bohaterów i dopiero kiedy ułożyły się w logiczny ciąg przyczynowo-skutkowy podzieliłem napisany tekst chronologicznie. Musiałem posiłkować się także bazą danych w której umieściłem wszystkie postacie i lokacje. Łatwo stracić panowanie nad tak dużym materiałem. Kilkakrotnie tekst czytałem, czasami coś wyrzucając, częściej jednak dodając nowe wątki, które miały coś lepiej naświetlić bądź, które uznałem za interesujące.

Co w pisaniu książek jest dla Ciebie najprzyjemniejsze, a co najtrudniejsze, a nawet przykre?

Zacznę od tego czego najbardziej nie lubię. Nie cierpię pisania konspektów albo streszczeń. To dla mnie dopust boży. Wybieranie tego co ma być w takim streszczeniu to zadanie strasznie trudne i niewdzięczne. Szczerze tego nie znoszę. A co lubię? Całą resztę. Jednak chyba najbardziej w procesie twórczym podoba mi się chwila, w której bohaterowie zaczynają „żyć własnym życiem”. Bo, co prawda, historia od początku do końca powstaje w mojej głowie, ale przychodzi moment, w którym mówię sobie: no nie, tak to ty byś może postąpił, ale nie on. On zrobiłby coś zupełnie innego. I co tu kryć, moje postacie już mnie wielokrotnie zaskoczyły. Osobną sprawą są postacie kobiece. Nie ma ich może specjalnie dużo (ale będzie więcej). Zależy mi na tym by były wiarygodne. Czy tak jest, pozostawiam ocenie czytelników, choć miałem sygnały, że postacie kobiece zyskały sympatię czytelniczek. Nie będę też ukrywał, że o ile pierwotnie głównym bohaterem miał być Kaczmarek, to moją ulubioną postacią została panna Działdowska i to ona w pewnym sensie skradła pierwszeństwo w „Muszej Górze” panu detektywowi.

I pytanie na koniec: jaka jest Twoja motywacja do pisania książek? Dlaczego to robisz?

Mógłbym odpowiedzieć trawestując powiedzenie wspinaczy wysokogórskich, że piszę dlatego, że istnieją białe kartki. Ale na poważnie, to impulsem jest chyba powstawanie w głowie historii, które trzeba jakoś z tej głowy wypuścić. Myślę nad treścią przez prawie cały wolny czas i chciałbym wiedzieć dokąd mnie ta historia doprowadzi. Mam ogólny zarys tego jak się zakończy opowieść rozpoczęta na Muszej Górze, ale nie mogę zagwarantować, że ostatecznie będzie ona odzwierciedlać moje obecne przemyślenia. Wracając do Tolkiena. Kiedy już przeczytałem „Trylogię” w kolejności nieortodoksyjnej, pomyślałem (jako uczeń podstawówki, z szóstej lub siódmej klasy): „Super, też tak chcę”. I zacząłem pisać koturnową opowieść fantasy, której szczęśliwie powstało tylko kilka kartek w jednym egzemplarzu. Później pisanie porzuciłem na lat wiele. Aż kiedyś, jako dorosły człowiek, uświadomiłem sobie, że przemijamy strasznie szybko i można by coś po sobie zostawić. Pisanie jest dla mnie formą radzenia sobie z rzeczywistością za oknem, która czasami skrzeczy. Robię to więc dla zachowania zdrowia psychicznego.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.


*