Tomasz Mackiewicz, Żart

Lipiec 2014 roku. W niewielkim mieście pod Suwałkami zaczynają ginąć kobiety. Wydaje się, że kolejnych ofiar nic nie łączy, a do tego policja nie zdradza żadnych okoliczności zbrodni. Narasta psychoza strachu, która sprawia, że Pomstowo, zazwyczaj tłumnie odwiedzane przez turystów, niemal z dnia na dzień pustoszeje.

Tomasz Mackiewicz
ŻART

Walczak wyciągnął papierosa i siwa chmura powoli zaczęła wypełniać pomieszczenie. Przynajmniej można tu było swobodnie palić, w przeciwieństwie do wychuchanego pensjonatu Doroty, i Olga od razu poszła w jego ślady. Lek przeciwbólowy zaczynał powoli działać, uznała więc, że może już sobie pozwolić na małego dymka.
– Jesteś blada jak ściana – ocenił komendant. – Po cholerę bierzesz urlop, skoro i tak z niego potem nie korzystasz?
– Pogoda nie dopisywała – usprawiedliwiła się. Po części było prawdą. W Pomstowie chmury ścigały się ze słońcem prawie jak na Kasprowym. – Ma pan to, o co prosiłam?
Pokiwał twierdząco głową, podszedł do biurka i po chwili wrócił z niewielką białą kopertą. Nie wręczył jej jednak od razu Oldze tylko usiadł z powrotem, w zamyśleniu obracając przedmiot w dłoniach. Wyraźnie wahał się lub nie wiedział, jakich argumentów użyć, żeby przemówić jej do rozsądku. No tak, najpierw wykład o bezpieczeństwie i niewtrącaniu się w policyjne śledztwa – pomyślała zniecierpliwiona.
W końcu jednak bez słowa podał jej kopertę. Szybkim ruchem oderwała grzbiet i wyjęła zawartość. W środku znajdowała się płyta CD.
– To co? Seans? – zagadnęła, szukając wzrokiem urządzenia, na którym mogliby odtworzyć nagranie. Komendant wstał z wysiłkiem, wyszedł z pokoju i postawił przed nią laptop. Był to ten sam sprzęt, który już kiedyś widziała u niego w biurze. Wyglądał na zupełnie nieużywany.
Kiedy uruchomiała komputer i włożyła płytę do napędu, Walczak w końcu się odezwał.
– Wiem, że mam u ciebie dług wdzięczności, ale zdajesz sobie chyba sprawę, że nikt nie może się o tym dowiedzieć? Łamię właśnie prawo, a do tego mam cholernie silne przeczucie, że narażam cię na niebezpieczeństwo. A może właśnie powinnaś to zobaczyć? Wybijesz sobie z głowy głupoty.
Rozległ się charakterystyczny szum urachamiającego się nośnika. Olga wybrała program do odtwarzania i chwilę później ujrzała na ekranie słabo oświetlone wnętrze pomieszczenia, w którym siedziała kobieta ubrana w samą koszulę nocną, jakby ktoś dosłownie przed chwilą wyrwał ją ze snu i posadził przed kamerą, wciąż zaspaną i wpółprzytomną. Wyglądała na jakieś czterdzieści lat i miała jasne, sięgające do ramion, włosy. Nie wyróżniała się niczym szczególnym, jednak sądząc z opisów Doroty i Moniki Olga oceniła, że musiała mieć przed sobą pierwszą zabitą, Anetę Jurgielewicz.
Wiedziała już z gazet, że ofiary odurzano Fentanylem, lekiem przeciwbólowym powodującym otępienie. Był to jeden z niewielu drobnych przecieków, które przedostały się do mediów, ale dopiero teraz mogła na własne oczy przekonać się, jak dużej dawki musiał użyć zabójca. Kobieta kołysała się miarowo i ledwo była w stanie unieść ręce. Mimo to po chwili zaczęła czytać coś na głos z kartki, którą trzymała kurczowo w drżących dłoniach.
Olga cofnęła nagranie i ustawiła głośność na maksimum. Z głośników popłynęły wypowiadane cicho słowa.
„Jestem brudną ćpunką, która wącha klej i daje dupy za pieniądze komu popadnie”.
Chwilę później majaczący w lewej stronie kadru niewyraźny cień nabrał nagle kształtów i na ekranie ukazała się ręka trzymająca przedmiot przypominający wiertarkę. Rozległ się stłumiony świst. Głowa kobiety odskoczyła do przodu, ciągnąc za sobą resztę ciała, które bezwładnie opadło na podłogę. Film trwał jeszcze kilka sekund, rejestrując nieruchomą scenę, potem nagranie nagle się urwało.
Po nim następowało kolejne, niemal identyczne. Scena wyglądała łudząco podobnie, inne było tylko tło. Na krześle znalazła się kolejna ofiara, tym razem była nią Sylwia Turowska.
Olga wcisnęła pauzę i spojrzała na Walczaka, który cały czas siedział naprzeciwko niej, paląc kolejnego papierosa.
– Narzędzie do wbijania gwoździ. Nawet nie mrugnęłaś okiem – stwierdził ze zdziwieniem. Wyczuła jednak w jego głosie także coś w rodzaju smutku.
– To już się przecież wydarzyło, nie zmienię przeszłości.
Pokręcił głową z niedowierzaniem. Nie miał jednak całkiem racji, posądzając ją o zupełne zobojętnienie. Nagranie wywarło na niej wrażenie. Nawet na niej. Sprawiło, że poczuła na plecach zimny, nieprzyjemny dreszcz, mimo tego, że Walczak uprzedził ją, z czym może mieć do czynienia. Podniecenie, z jakim czekała na tę chwilę, ustąpiło szybko miejsca uczuciu przygnębienia. Kto mógłby zabijać w ten sposób? Upokarzając ofiarę, odbierając jej godność i wbijając w głowę gwóźdź? Jedno brała za pewnik – kimkolwiek był morderca, należał do wyjątkowo niebezpiecznych sadystów.
Teraz było już jasne, dlaczego policja i prokuratura tak wzbraniały się z ujawnieniem jakichkolwiek szczegółów śledztwa. Media nie dałyby rodzinom zmarłych spokoju. Z pewnością zaczęłoby się niezbyt przyjemne i mało taktowne grzebanie w ich przeszłości. Na pewno też, jak to zwykle bywa nawet w bardziej błahych sprawach, znaleźliby się nadmiernie dociekliwi redaktorzy i blogerzy, którzy potraktowaliby „wyznania” ofiar serio i na wyścigi ujawniali zmyślone brudy.
Zastanawiała ją brutalność i bezwzględność, z jaką dokonano obu egzekucji. Ale nie tylko. Było w nich coś jeszcze, coś absurdalnego i irracjonalnego. Samooskarżenia, które Aneta Jurgielewicz musiała odczytać na głos, nie miały przecież najmniejszego sensu. Nawet jeśli wiodła podwójne życie, tylko udając wzorową katoliczkę, to nie sposób było uwierzyć, że ćpała przy tym na potęgę i puszczała się za pieniądze. Wyrecytowane przez nią słowa musiały zatem narodzić się w umyśle mordercy.
Możliwe, że zabójca miał zaburzenia psychiczne, że mógł być kimś o zaniżonej samoocenie, kimś, kto próbował w ten upiorny sposób obarczyć innych odpowiedzialnością za swój stan. Albo zrzucić z siebie ciężar winy, przenosząc swoje urojenia na powszechnie szanowaną osobę.
Mogło tak być, ale wcale nie musiało. Miała póki co za mało informacji, żeby wyciągnąć jednoznaczne wnioski.
Włączyła ponownie film i tym razem obejrzała go do końca. Na pierwszy rzut oka wszystkie zabójstwa były niemal identyczne. Zmieniało się jedynie tło i postacie usadowione na pierwszym planie. Poza tym scenariusz za każdym razem wyglądał tak samo. Każda z kobiet najpierw odczytywała z kartki swoje domniemane winy, potem ktoś podnosił broń i bez chwili wahania zabijał je z zimną krwią.
Uwadze Olgi nie umknęło, że morderca był wyjątkowo ostrożny. Nosił czarne, skórzane rękawiczki, dlatego nie sposób było rozpoznać żadnych cech charakterystycznych ani nawet stwierdzić, czy ręka na ekranie należała do mężczyzny, czy do kobiety.
To było już wszystko. Wyszła z programu, wyjęła płytę i zamknęła pokrywę laptopa. Walczak siedział w milczeniu, obracając w dłoni tlącego się papierosa. Nie chciał przerywać jej rozmyślań i czekał, aż odezwie się pierwsza.
Miał rację, kiedy próbował ją ostrzec przed oglądaniem tych scen. To była z pewnością sprawa większego kalibru niż skutki rodzinnych perypetii w Ogrodach. W tamtej historii, gdy już dotarła do jej sedna, motyw okazał się całkiem banalny. W tej było jednak inaczej. Wydawało się, jakby miała do czynienia ze złem w czystej postaci. Cztery kobiety zginęły niemal identycznie, absurdalnie upokarzane, nagrane przez nieznanego sprawcę lub nieznanych sprawców w wyjątkowo makabryczny i starannie zainscenizowany sposób. Nasuwało się w związku z tym kilka kolejnych pytań.
Po pierwsze, jak można było dokonać takich zabójstw, nie pozostawiając żadnych śladów? Z początku policja informowała enigmatycznie, że bada sprawę, ale już po drugiej ofierze nacisk mediów był tak silny, że w końcu musieli wydać samokrytyczne oświadczenie i przyznać, że na razie nie mają niczego konkretnego. Owszem, zdarza się, że komuś ujdzie płazem zabójstwo popełnione gdzieś na odludziu. Można potrącić człowieka samochodem w miejscu, gdzie nie ma świadków, utopić go w jeziorze i nie dać się złapać. Ale nawet takich przypadków jest mało, a zdecydowana większość sprawców w końcu zostaje złapana. A co dopiero to? Seria morderstw popełnionych bądź co bądź w mieście, w środku sezonu turystycznego i do tego w domach ofiar.
Po drugie, oczywiście pytanie o motyw. A to z kolei pociągało za sobą zagadkę, co mogło łączyć wszystkie ofiary. Teraz, kiedy już miała nagranie rejestrujące przebieg zdarzeń, wreszcie mogła zacząć szukać wzoru. Najbardziej przypominało to zemstę. Tylko za co? Równie dobrze za coś, co ofiary faktycznie zrobiły, jak i za coś, czego zabójca doświadczył od kogoś innego. Albo wyimaginowaną krzywdę, za którą odpłacał się symbolicznie.
Może zatem w ogóle nie chodziło o te kobiety, ale o niego? Ludzkie natręctwa przybierają przecież najróżniejsze postacie. Bywają całkiem niewinne lub zwierzęco brutalne. Kuba Rozpruwacz nie zabijał z zemsty ani dla pieniędzy. Rozrywał brzuchy i wysyłał policji listy z fragmentami ludziej nerki. Przy czymś takim rozkazywanie ofiarom, żeby recytowały bzdurne i wulgarne oskarżenia wydawało się drobnostką, rodzajem dziwacznego żartu, ale mogło mieć też głębsze znaczenie. Mogło być kluczem dla zrozumienia umysłu sprawcy.
Przypomniała sobie o obrazach Wiktora. To była kolejna rzecz, która ją intrygowała. Tym bardziej, że nie potrafiła jednoznacznie rozstrzygnąć, czy stanowiły one tylko artystyczne wyobrażenie kolejnych zabójstw, czy też ich ilustrację. Dostrzegła pewne podobieństwo, jednak nie na tyle dokładne, żeby uznać go za winnego. Z drugiej strony lepiej teraz rozumiała śledczych, którym jego twórczość mogła się wydać podejrzana.
– Cholera… – podsumowała.
– No i co o tym myślisz? – spytał Walczak, którego zaczynało już nużyć przedłużające się milczenie.
– Nic konkretnego – odpowiedziała niechętnie. – Będę musiała się temu dokładniej przyjrzeć. Oby coś to dało.
Dopiero teraz dotarło do niej z całą jasnością, że miała przed sobą ostatnią nadzieję na wyjaśnienie sprawy „wampira z Suwalszczyzny”. Jeśli na podstawie nagrań, które dostarczył jej Walczak, nie uda jej się znaleźć odpowiedzi, których szukała, niczego więcej już się raczej nie dowie. Chyba że zabójca uderzy ponownie i tym razem wreszcie popełni jakiś błąd. Albo jeśli policja ją ubiegnie.
– Zawsze zostaje jakiś ślad, nawet jeśli wydaje się, że sprawca zrobił wszystko bezbłędnie, tak jak nasz seryjny morderca – odezwał się Walczak. Podejrzewasz jakiś motyw?
– Być może zemsta – odpowiedziała z wahaniem – Chociaż nie wydaje mi się to oczywiste.
Walczak pokiwał głową na znak, że co do tego są zgodni.
– Co więcej wiemy? Oczywiście trzymając się samych faktów. Później możemy sobie pogdybać.
Olga zastanawiała się dłuższą chwilę. Przez te wszystkie dni, kiedy głowiła się nad rozwiązaniem zagadki morderstw, do których doszło w Pomstowie, zdążyła już rozważyć tyle hipotez i wysnuć tak wiele sprzecznych wersji wydarzeń, że ciężko było jej wrócić do podstawowych faktów.
Było ich zresztą jak na lekarstwo, siłą rzeczy musiała zatem zacząć gdybać. Zaciągnęła się głęboko papierosem.
– No więc możliwe, że mamy do czynienia z zemstą. Chociaż równie dobrze zabite mogły po prostu zastępować kogoś innego albo stanowić symboliczną ofiarę. Ale załóżmy, że ktoś obwiniał je za coś, co zrobiły w przeszłości. Za coś, co zrobiły wspólnie. Kiedy? Możemy się domyślać, że dawno temu, najprawdopodobniej w szkolnych czasach, bo szkoła to jedyny trop, który je wszystkie łączy. Problem w tym, że nikt, z kim o tym rozmawiałam, nie domyśla się, o co mogłoby chodzić. Miejscowi nie pamiętają niczego szczególnego. Poza tym, dlaczego ktoś postanowił się mścić po tylu latach?
– A przez coś szczególnego rozumiesz…? – wtrącił Walczak.
– Coś więcej niż bójki i to wszystko, co zdarza się w każdej szkole. Chodzi mi o okaleczenie, gwałt, publiczne poniżanie. Tego typu sprawy. Tymczasem nie znalazłam nic, co mogłoby dać jakiś punkt zaczepienia. A przecież takich rzeczy nie sposób ukryć, ktoś musiałby coś zapamiętać.
– Owszem, ale czy tylko to może być powodem do zemsty? A co z przemocą, która nie rzucała się nikomu w oczy, ale trwała całymi latami?
– Możliwe… – odpowiedziała bez przekonania. – W końcu dzieciaki potrafią znęcać się nad słabszymi na różne okrutne sposoby, a nauczyciele często to lekceważą. I wcale nie trzeba kogoś zgnoić raz a dobrze, żeby obudzić w ofierze nienawiść i przelać czarę goryczy. Czasem wystarczą drobne poniżenia, o ile stanowią codzienny rytuał. Jak lekki ból głowy, który nie ustępuje i w końcu staje się męczarnią nie do zniesienia.
Tyle że trudno jej było sobie wyobrazić Anetę Jurgielewicz i całą resztę w roli szkolnych katów.
– Nie jesteś co do tego przekonana? – spytał Walczak. – Dobrze, po prostu nie odrzucajmy tej hipotezy.
– Chodzi o to, że nawet jeśli coś jest na rzeczy, to po tylu latach nie da się już raczej niczego więcej dowiedzieć. Kto by pamiętał, że trzydzieści lat temu była jakaś szara myszka, z której wyśmiewano się częściej niż z innych, która płakała gdzieś po kątach? Takich dzieci jest wiele i nie rzucają się w oczy.
Walczak jakby dopiero teraz zauważył niesprzątnięte resztki obiadu. Wstał i wrzucił talerze do przepełnionego zlewu. W mieszkaniu zrobiło się jeszcze duszniej, otworzył więc okno na całą szerokość, ale niewiele to pomogło. Dzień był bezwietrzny i rozgrzane powietrze z zewnątrz jeszcze bardziej pogarszało sprawę.
– Co dalej?
– Morderca chciał coś zakomunikować – odpowiedziała bez wahania. – tylko że to, co chciał zakomunikować, stoi w sprzeczności z hipotezą o zemście. Kiedy ktoś zamierza się na kimś zemścić, dąży do tego, żeby ujawnić czyjąś winę. A tu? Żadna z nich nie przyznała się przecież do tego, że kogokolwiek skrzywdziła. Poza samą sobą oczywiście.
– Owszem.
– I tu docieramy moim zdaniem do sedna – ciągnęła Olga – być może ich „wyznania” są celowo mało konkretne. Mam na myśli to, że zostały im podyktowane w taki sposób, żeby wyznały swoje „grzechy”, ale bez podawania szczegółów. Jeśli tak, to powód mógł być tylko jeden – morderca bał się, że zostanie rozpoznany.
– Więc wszystkie te słowa dotyczyły tak naprawdę jego?
Olga przytaknęła. Przypomniała sobie nagle rozmowę z Piotrowskim. Duch? Kimkolwiek był morderca, na pewno nie był duchem i musiał przecież zostawić jakiś ślad…
– Chyba że…
– Chyba że? Co masz na myśli? – spytał Walczak i wstał ponownie, żeby otworzyć drugie okno. W pokoju zrobiło się już szaro od dymu.
Nie odpowiedziała od razu. Myśl, która właśnie przyszła jej do głowy, pochłaniała teraz całą jej uwagę.
– Zastanawiam się, co bym zrobiła na ich miejscu…
Walczak wypuścił głośno powietrze na znak rezygnacji.
– Co niby miałabyś zrobić? To oczywiste, że ktoś groził im bronią, a potem nafaszerował lekami tak, że ledwo kontaktowały. Podejrzewam, że zanim zdążyłabyś się ruszyć albo wezwać pomoc, nakarmiłby cię gwoździami.
– Nie to miałam na myśli. To jasne, że nie miały raczej szansy uciec i prawdopodobnie zdawały sobie sprawę, że to koniec. Chodzi mi o to, czy w takiej sytuacji potrafiłabym zachować na tyle zimnej krwi, żeby zrobić coś pożytecznego.
– Pożytecznego? I co by to niby miało być? Chciałabyś przekazać światu jakieś przesłanie? – zaśmiał się nagle, wyraźnie rozbawiony jej tokiem rozumowania.
– Tak. Przesłanie o tym, kto mnie zabił – odpowiedziała niezrażona.
Pokręcił z powątpiewaniem głową. Ruda oczywiście jak zwykle chwytała się każdego pomysłu, który naprowadziłby ją na trop mordercy, ale przypuszczenie, że dzięki którejś z ofiar pozna tożsamość sprawcy, było zbyt fantastyczne.
– Oczywiście żadna z nich nie mogłaby wprost wskazać zabójcy – dodała. – To on był panem sytuacji i on wszystko rejestrował. Ale może chociaż jedna była na tyle bystra, że przekazała jakąś ukrytą wskazówkę?
Walczak nadal był co do tego sceptyczny.
– Fentanyl…
– Który je otępił. Owszem. Z drugiej strony możemy przypuszczać, że rozpoznały sprawcę. Jeśli faktycznie tych wszystkich zbrodni dokonano z zemsty, to bardzo prawdopodobne, że ofiary wiedziały, kto jest ich katem.
– Chyba że nie pokazał im twarzy. To gdybanie.
Musiała przyznać mu rację. Usilnie próbowała znaleźć jakiś punkt zaczepienia, ale za każdym razem układanka nie chciała złożyć się w całość i któryś element nie pasował do reszty. Zakładała już wcześniej, i – jak sądziła – było to założenie jak najbardziej prawdopodobne, że zabite kobiety musiało coś łączyć. Zazwyczaj tak właśnie jest w przypadku ofiar seryjnych morderców. Większość z nich ma wzór, którym się kieruje, nawet jeśli im samym wydaje się, że nie działają według żadnego schematu. W tym przypadku żaden wzór nie dawał się jednak dopasować. Jeśli Jurgielewicz, Wiśniewska, Turowska i Borkowska miały ze sobą cokolwiek wspólnego, to tylko jeden jedyny szczegół – chodziły kiedyś do tej samej klasy. Czy jednak coś musiało z tego koniecznie wynikać? Nie. Co nie znaczy, że była to okoliczność bez znaczenia. Możliwe nawet, że stanowiła klucz do rozwikłania zagadki. Niestety sama w sobie pozostawała bezwartościowa.
– Być może od początku błądzimy – odezwała się ponownie Olga. – To naturalne, że szukamy jakiegoś wzoru w tym chaosie, ale może nie tędy droga?
– My błądzimy? – Walczak skrzywił się z dezaprobatą. – Nie wrabiaj mnie w to. Daję ci się tylko wygadać. Nie chcę mieć z tym nic wspólnego, rozumiesz? Nie po to czekam na emeryturę, żeby dalej ganiać za bandziorami. Wolę już łazić po szkołach i przekonywać, że narkotyki są złe.
– Trudno. Ale mam jeszcze jedną prośbę.
Walczak westchnął głęboko. Doskonale wiedział, że słowo „prośba” w ustach Olgi Wagner oznacza kłopoty.
– To znowu coś nielegalnego?
– Niestety tak – odpowiedziała z miną dziewczynki, która zamierza coś spsocić.
– Więc nie chcę o tym nawet słyszeć. Jeden pobyt w pierdlu mi wystarczy.
– A ja nie chcę o tym mówić. Chodzi mi tylko o to, że gdyby, czysto hipotetycznie, stało się coś… hmm, nietypowego… Na przykład gdyby ktoś oskarżył mnie o włamanie…
– To mój znajomy z Suwałk ma ci ocalić tyłek, tak? Zapomnij, nie zamierzam nikogo narażać z powodu twoich obsesji.
Wzruszyła ramionami i zmarszczyła czoło.
– Tak tylko pytałam.
– Nie wiem, co kombinujesz, ale naprawdę uważaj. Jeśli się pomylisz, to podpadniesz niewinnej osobie, która co najwyżej wezwie gliny. W takim razie może jakoś ci pomogę. Ale jeśli będziesz miała rację, wejdziesz w drogę cholernie niebezpiecznemu psychopacie. Nie wskoczę wtedy na białego konia i nie popędzę do Suwałk, to nie mój rewir.
– Wiem o tym.
– A mimo to znowu leziesz prosto w gniazdo węża.
Uśmiechnęła się nieznacznie.
– Albo żmii. Myślę, że równie dobrze mogła to być żmija.
***
Facet wreszcie zasnął. Na szczęście zanim zaczął się do niej dobierać. Leżał teraz na wznak, z idiotycznie rozdziawioną gębą, i głośno chrapał. Rano obudzi się z potwornym kacem, ale to będzie najmniejsze z jego zmartwień.
Rozejrzała się dookoła. „Całkiem nieźle” – oceniła. Musiał być nadziany, bo mieszkanie było ogromne i mogła w nim bez przeszkód buszować niczym lis w kurniku.
Niestety sama też nie była w najlepszym stanie. Od jakiegoś czasu wróciły uporczywe migreny, które już od dawna jej nie doskwierały. Właśnie zbliżała się kolejna, musiała się więc spieszyć. W kuchni znalazła opakowanie Ibupromu i nie namyślając się długo połknęła cztery tabletki. Niewiele pamiętała z tego, co działo się w klubie. I dobrze. Nie zamierzała rekonstruować tej nocy. Był przecież po prostu jeszcze jednym frajerem, który przez dwa wolne wieczory w tygodniu czuł się panem Mazowieckiej i któremu wydawało się, że przeleci kolejną naiwną.
Ubrała się i odszukała leżący koło łóżka plecak. Mężczyzna przewrócił się na drugi bok i wymamrotał coś niewyraźnego, ale nie otworzył oczu i zaraz znowu zapadł w sen. Niezawodny Flunitrazepam działał jak należy, więc mogła spokojnie rozejrzeć się za czymś, co można szybko sprzedać.
Musiał mieć obsesję na punkcie porządku, bo w dużym salonie, który łączył się z kuchnią dwoma osobnymi wejściami, nie dostrzegła ani odrobiny kurzu, ani jakichkolwiek śladów bałaganu. Wszystko było na swoim miejscu. Gazety ułożone w równy stosik, co do centymetra, koc na kanapie złożony w kostkę, a firanki czyste i wyprasowane. Ten dupek miał nawet niewielką siłownię ustawioną w kącie pomieszczenia w taki sposób, żeby mógł ćwiczyć i gapić się w swój wielki telewizor.
Aż się prosiło, żeby trochę tu nabroić.
Wyjęła z plecaka spray i potrząsnęła nim z wprawą doświadczonego graficiarza. Potem podeszła do ekranu telewizora i powoli, dbając o kształt i grubość liter, napisała czerwonym kolorem „CHUJ”. Wyciągała przy tym język, niczym dziecko, które stawia pierwsze kroki w trudnej sztuce kaligrafii.
Nie rysowała czarnych pirackich flag ani liter A wpisanych w okrąg. Nie miała żadnych poglądów politycznych, a w każdym razie nigdy się nad tym nie zastanawiała. Posiadanie poglądów to część tak zwanego normalnego życia i nie było jej stać na taki luksus.
Koleś miał na szczęście bzika na punkcie elektroniki. Pod tym względem jego mieszkanie było jak Eldorado i zaczęła żałować, że nie przygotowała się lepiej na dzisiejsze wyjście. Mogła zabrać tylko to, co mieściło się do torby. Dwa topowe telefony z dużymi ekranami, tablet, stylowy ultracienki laptop i inne gadżety powoli lądowały w jej schowku. Na większe rzeczy nie miała niestety miejsca. Nie mogła przecież wyjść na ulicę z telewizorem, który pewnie ledwo byłaby w stanie udźwignąć. „Szkoda”.
Potem przeszukała jeszcze szuflady, ale oprócz bibelotów, które można było opchnąć za kilkadziesiąt złotych, nie znalazła nic ciekawego.
Teraz przyszedł czas na sypialnię. Ostrożnie sięgnęła po leżący w stercie ubrań portfel. No, to już było coś. Wyjęła kilka stuzłotowych banknotów i dwie platynowe karty kredytowe. Jakie to były numery? Zanim upiła się wczoraj w klubie, podpatrzyła oczywiście, jak autoryzował transakcje. Whisky zrobiła jednak swoje i teraz, grzebiąc dalej w jego rzeczach, próbowała je sobie przypomnieć. Znalazła jeszcze zegarek i dopiero to znalezisko wprawiło ją w dobry nastrój. Nie był to co prawda Ulysse Nardin, ale na oko oceniła, że można go będzie sprzedać za jakieś cztery tysiące.
Napisała jeszcze kilka ciepłych słów na białych ścianach w salonie i zadowolona wyszła.
Była naprawdę niezła w tym, co robiła. Zdarzało się nawet, że podrywali ją ci sami goście, których już kiedyś okradła. I żaden nigdy jej nie rozpoznał.
Miała tyle twarzy, ile tylko chciała. Nie tylko dzięki makijażom i perukom. Już dawno temu uświadomiła sobie, że, jakkolwiek idiotycznie to brzmi, oczy naprawdę są zwierciadłem duszy. Wystarczy o niej zapomnieć, żeby twarz stała się maską.
Zdarzali się też oczywiście żonaci. Ich załatwiała w inny sposób niż frajerów bez obroży. Po co paskudzić takim mieszkania, skoro sprzątać i tak będą Bogu ducha winne żony? Okradała ich tak samo jak wszystkich, ale jako bonus podrzucała bieliznę w różnych najmniej spodziewanych miejscach. A kiedy wyjątkowo jej się nudziło, skreślała jeszcze kilka słów i ukrywała list w kieszeni kobiecych spodni.
Jednym słowem, świetnie się bawiła. Do czasu, kiedy nie popełniła pierwszego błędu i nie natrafiła na większego świra od siebie.

ostatnia aktualizacja: 8 stycznia 2016, rafael


5 odpowiedzi na Tomasz Mackiewicz, Żart

  1. W polskim kryminale tęsknię za jakąś żeńską bohaterką z krwi i kości.

  2. Świetna książka, wciąga, polecam! Młody, zdolny autor z ogromnym potencjałem na przyszłość

  3. lubię kryminały // 8 grudnia 2015 o 20:09 // Odpowiedz

    Bardzo chętnie przeczytam całość. Kiedy będzie w druku?

  4. Przeczytałam już większość polskich kryminałów. Ten autor dobrze się zapowiada, to dopiero druga jego książka. Mackiewicz wydaje się obiecujący, będę śledzić jego pisarską drogę

  5. Książka wyjdzie w wakacje lub we wrześniu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.


*