Tomasz Mackiewicz, Spowiedź

Kiedy w niewielkim mieście pod Warszawą policja znajduje zwłoki dwojga osób, sprawa wydaje się prosta i zostaje szybko zamknięta. Nie wszyscy wierzą jednak w oficjalne ustalenia śledztwa, zwłaszcza kiedy ginie młoda kobieta, która postanowiła szukać odpowiedzi na własną rękę. Co tak naprawdę wydarzyło się w Ogrodach? Dlaczego sprawca zabrał tajemnicę do grobu i jak głęboko sięgają źródła zła? Próbuje to rozwikłać dociekliwa redaktorka Olga Wagner. Prywatne dochodzenie, w którym pomaga jej miejscowy dziennikarz, odsłania mroczne kulisy zbrodni i staje się wyprawą w pełną sekretów przeszłość pozornie idyllicznej prowincji. Przeszłość, która nadal zbiera śmiertelne żniwo.

Fragment:

Patrol przyjechał po dwudziestu minutach. Olga leżała na ławce nieopodal domu i jak przez mgłę zauważyła, że policjanci przyglądali się jej z niepokojem. Nie chciała jednak słyszeć o szpitalu. Nie wyczuła na głowie żadnych śladów krwi, poza tym nie wymiotowała, stwierdziła więc, że nie musi obawiać się wstrząsu mózgu i jedynym wspomnieniem napadu będzie potężny guz. Wkrótce chłodne wieczorne powietrze pomogło jej dojść do siebie na tyle, że mogła powoli wstać i zaprowadzić policjantów do środka.

Stojąca przy wejściu szafka, na którą napastnik pchnął Olgę, była przewrócona. Wpadający przez otwarte na oścież drzwi wiatr poruszał firankami.

— Musiał uciec przez sąsiednie działki — ocenił jeden z policjantów, wyglądając na zewnątrz — Powiadomimy patrole. Przyjrzała mu się pani?

Olga opowiedziała przebieg zdarzeń. Nie zdążyła nawet stwierdzić, czy intruz był mężczyzną, czy kobietą, chociaż, sądząc po sile, w grę wchodziło raczej to pierwsze. Wpadł na nią z całym impetem i bez trudu powalił na ziemię. Straciła na chwilę przytomność, a kiedy się ocknęła, jego już nie było.

— Czy w domu znajdowało się coś cennego?

Dziewczyna pokręciła przecząco głową. Wyjaśniła też, że mieszka tu jako gość, na życzenie krewnego zmarłej właścicielki.

— Nie była zamożna. Miała tylko trochę biżuterii, ale bez szczególnej wartości. Poza tym…

Nie dokończyła, symulując grymas bólu. Uświadomiła sobie, że zbyt dokładna znajomość stanu posiadania Krajewskiej mogła tylko niepotrzebnie wzbudzić podejrzliwość policjantów. Nie dopytywali jednak i od razu zabrali się za rutynowy obchód. Widać było, że niezbyt przykładają się do swoich obowiązków. Przypominali bardziej turystów, znudzonych zwiedzaniem kolejnego muzeum, niż funkcjonariuszy na służbie. W normalnych okolicznościach zareagowałaby na ich opieszałość, teraz jednak nie miała na to siły. Czuła, że głowa jej pulsuje, jakby coś rozsadzało ją od środka. Nie była w stanie myśleć, a tym bardziej kłócić się z kimkolwiek.

W końcu policjanci zaczęli dawać za wygraną. Wyglądało na to, że ktokolwiek ją zaatakował, nie zostawił żadnych śladów. Ich ciekawość wzbudziła jedynie tablica Edyty.

— Biedna dziewczyna — stwierdził ze współczuciem starszy policjant, kiedy Olga wytłumaczyła mu, do kogo należała. — Czuje się pani na siłach, żeby pójść na górę i sprawdzić, czy coś zginęło? Wygląda na to, że złodziej szukał czegoś w sypialni — dodał dla świętego spokoju, podczas gdy młodszy wyszedł na zewnątrz, jeszcze raz niedbale oświetlając ogród latarką.

Schody na górę mieściły się niemal naprzeciwko drzwi wejściowych, tuż przy miejscu, gdzie została zaatakowana przez spłoszonego intruza. Teraz, kiedy już ochłonęła, wydało jej się mało prawdopodobne, że skoczył na nią ze schodów tylko po to, by popchnąć ją na komodę i uciec. Wyglądało to raczej tak, jakby zderzył się z nią przypadkowo, próbując dostać się do drzwi dokładnie w tej samej chwili, kiedy i ona biegła w ich kierunku.

Jej mózg znowu pracował pełną parą. Za taką wersją wydarzeń przemawiały mocne argumenty. Po pierwsze, napastnik raczej nie spodziewał się, że ktoś wróci akurat w momencie, kiedy buszował w środku. Skoro pojawił się w dniu, gdy dom stał pusty, zakładał raczej, że nikt nie będzie mu przeszkadzał. Po drugie, gdyby to ona była celem, mógłby ją przecież bez problemu dobić. W końcu leżała nieprzytomna i nie miała najmniejszych szans. Najprawdopodobniej więc chciał po prostu uciec i pchnął ją pod wpływem paniki albo wręcz zderzył się z nią przypadkowo. Oboje zrozumieli, że nie są sami, i rzucili się do drzwi. „Jak w kreskówce” — pomyślała i zaśmiała się nerwowo. Idący przed nią policjant odwrócił się zdziwiony, ale widocznie wziął tę niespodziewana reakcję za efekt stresu i nie zadawał więcej pytań.

Sypialnia przypominała pole bitwy. Wszędzie walały się porozrzucane książki, pamiątki, obrazy, ubrania, dokumenty. Szafy były pootwierane i niemal wszystko, co tylko Krajewska trzymała w tym pomieszczeniu, leżało teraz na dywanie albo na łóżku. Policjant rzucił okiem na to pobojowisko i spojrzał na Olgę pytająco. Bezradnie rozłożyła ręce. Skąd miała wiedzieć, czy czegoś brakowało?

— Być może szukał biżuterii, o której pani wspominała? — podpowiedział, przechadzając się ostrożnie wokół rozrzuconych rzeczy, niczym grzybiarz w poszukiwaniu prawdziwka.

— Zwykłe włamanie rabunkowe — ocenił szybko. — Spiszemy raport, a jeśli coś pani przyjdzie do głowy, proszę się do nas zwrócić.

Nagle usłyszeli dobiegający z ogrodu głos drugiego policjanta:

— Znalazłem coś!

Zeszli na dół i mężczyzna podał Oldze znalezisko — stare czarno-białe zdjęcie przedstawiające pięć osób, pozujących na tle drzew. Z tyłu niebieskim atramentem zapisano jakieś inicjały i datę: Maj 1945.

— Złodziej musiał je zgubić, kiedy uciekał. Leżało pod płotem, tam, gdzie urywają się ślady stóp — wyjaśnił.

— Tylko po cholerę mu ono było? — spytał ten, który sprawdzał z Olgą piętro.

Obaj wyglądali na skonsternowanych. Po raz pierwszy mieli do czynienia z przypadkiem, w którym ktoś włamał się do domu, żeby wynieść z niego starą fotografię.

— Poznaje pani kogoś? Może ma wartość historyczną?

— Nie, nie sądzę — odpowiedziała zamyślona Olga, której z początku też zaświtała podobna myśl. Tyle że twarze na zdjęciu nie skojarzyły jej się z nikim znanym.

Nic z tego nie rozumiała. Przypomniała sobie jednak, że Krajewska trzymała w sypialni rodzinny album. Wróciła na górę i zabrała się za poszukiwania, bezceremonialnie przetrząsając walające się wszędzie rzeczy.

Kiedy zeszła, znudzeni funkcjonariusze siedzieli przy stole. Położyła na nim album i zaczęła przerzucać kartki. Po chwili trafiła na właściwą stronę. Brakowało czterech zdjęć, po których zostały tylko rozerwane plastikowe kieszonki.

Policjanci spojrzeli po sobie. Cała ta historia była dziwaczna i nasuwała wiele pytań, ale skoro sprawca zbiegł i powiadomiono o tym patrole, mogli wrócić na komisariat i spisać protokół.

Okazało się, że złodziej dostał się do domu przez kuchnię. Kit uszczelniający szprosy był na tyle ukruszony, że nawet mało doświadczony włamywacz mógł wydłubać nożem jedną z szybek i otworzyć okno. Prawdopodobnie zajęło mu to trochę czasu, ale nie chciał ryzykować, że odgłos tłuczonego szkła zaalarmuje sąsiadów.

Olga nie była zbyt pomocna. Nie widziała sprawcy i nie potrafiła podać żadnych przydatnych szczegółów. Impet zderzenia powalił ją na podłogę i zamroczył na tyle, że zapamiętała zaledwie zarys uciekającej postaci. Przypuszczała jedynie, że napastnik był mężczyzną.

Kiedy funkcjonariusze pożegnali się i wyszli, podeszła do pozostawionej przez Edytę tablicy i na samym środku przyczepiła odnalezione zdjęcie.

ostatnia aktualizacja: 17 lipca 2016, katarzyna


2 odpowiedzi na Tomasz Mackiewicz, Spowiedź

  1. Dobrze napisany kryminał. Trzyma w napięciu i zaskakuje. Polecam.

  2. Książka do kupienia w Empikach i księgarni np. na Dworcu Centralnym. W sama raz do podróży. Do połknięcia w jeden zimowy wieczór:)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.


*