Joanna Dobkowska, Medium

W opustoszałym nadmorskim kurorcie, tuż przed wybuchem I wojny światowej, w atmosferze tajemnicy i modnego wówczas okultyzmu przeplatają się losy matki – spirytystycznego medium – i jej zbuntowanej córki oraz dwóch rywalizujących ze sobą sióstr. Bohaterki kontaktują się ze światem nadprzyrodzonym, który jednak, być może, jest jedynie wytworem ich wyobraźni lub obłędu. A może nie? Autorka opowiada o tłumionych kobiecych namiętnościach, niespełnionych pragnieniach, próbie życia we własny, niestandardowy sposób, nawet jeśli ów sposób bywa postrzegany jako kompletne szaleństwo.  Wydawnictwo Arkady, 2016.

Przeczytaj recenzję powieści http://obsesyjnabiblioteczka.pl/blog/2016/10/20/powiew-swiezosci-na-polce-8-medium/
http://bioggraff.blogspot.com/2016/10/medium-joanny-dobkowskiej.html
http://czytajacamama.pl/medium-joanna-dobkowska/

Joanna Dobkowska
MEDIUM

[…] Dorożka przystaje przed domem nie brzydszym niż sąsiednie i to najlepsze, co można o nim powiedzieć. W niczym nie przypomina romantycznego pensjonatu, nad którym w egzaltowanych zachwytach rozpływała się hrabina von Taffel. Gdzież ten „wręcz boski” widok na morze? Okna budynku z jednej strony wychodzą na ulicę, z drugiej na grządki kapusty.
– Tutaj? – podejrzliwym tonem pyta Ilza dorożkarza. – Na pewno?
– Teraz się odezwała! A całą drogę jak grób – mamrocze urażony dorożkarz. Czy ta paniusia myśli, że on nie zna własnego miasta?
– Muschelgasse 14. Taki adres mi pani podała – potwierdza burkliwie, inkasuje należność i odjeżdża zostawiając targaną porywistym wiatrem pasażerkę pod furtką. Zawracając konia, mruczy jeszcze pod nosem o zamiejscowych damulkach, którym wydaje się Bóg wi co. Chodzi taka w wytartej kiecce, a nawet z człowiekiem nie pogada, ważniaczka. Wojna zaś będzie, na pewno.

Mniejsza z dorożkarzem, Ilza jedną ręką przytrzymuje łopoczący szal, drugą stara się wepchnąć portmonetkę do włóczkowej torebki. Wiatr próbuje zerwać jej z głowy kapelusz i wciska cętkowaną woalkę w oczy. Przenika przez znoszony materiał płaszczyka i cienką bawełnę sukienki, chłoszcze zimnem aż do gołej skóry. Jak zawsze, wszystko przez Annę – też sobie wybrała czas i miejsce do umierania! W pokoju na piętrze ktoś odchyla firankę. Po chwili otwiera okno.
– Panna Ilzyda? – Tęga kobieta w średnim wieku wychyla się i patrzy z góry na przybyłą. Pani nie panna, chce ją poprawić Ilza, bo w tym prowincjonalnym miasteczku zdecydowana jest uchodzić za szacowną wdowę, ale szkoda czasu na kontredanse, pyta tylko, czy ma właśnie długo wyczekiwaną przyjemność poznania pani Herty Knopke.
– No, to ja, a kto inny w moim własnym domu – odpowiada tamta. – Spóźniła się pani. Dłużej nie mogliśmy czekać. Choć zimno, ale trup to trup. Pochowaliśmy dwa dni temu. Jedyna córka i na pogrzeb matki nie przyjechać…
Córka przybyła wtedy gdy mogła, poza tym telegrafowała, by nie czekać na nią z pochówkiem. Nie życzy sobie zatem grubiańskich komentarzy ani bezpodstawnych wyrzutów tyczących się spraw rodzinnych, a wygłaszanych przez osoby kompletnie obce. Nagły podmuch, za nim łopot szala zagłuszają słowa. Może pani gospodyni domyśli się, że zmuszanie gościa do przekrzykiwania wiatru i konwersowania z nią przez okno nie należy do dobrego tonu. Gospodyni być może domyśla się tego, bo mówi:
– Proszę poczekać. Już schodzę.
Wychodzi z domu, starannie zamykając za sobą drzwi. Nie ma zamiaru wpuścić gościa do środka. Dziwne maniery, ale czego innego można oczekiwać po tym zapomnianym przez Boga i ludzi grajdole.
– Najpierw na cmentarz czy do pensjonatu?
– Pensjonatu? – dziwi się Ilza. Po co ma iść do jakiegoś pensjonatu? Dziś jeszcze wraca do Szczecina.
– … pensjonatu, w którym mieszkała i zmarła pani matka. To tylko kawałek drogi stąd w stronę morza.
Tak, jak Ilza podejrzewała, budynek przy Muschelgasse nie jest owym uroczym i romantycznym „Szczęściem Adeliny”, hrabina von Taffel, choćby na krótko, nogi by tu nie postawiła. „Moja droga” – powtarzała Ilzydzie, z maniackim uporem ucząc ją życia – „nigdy, przenigdy, nie można zejść poniżej pewnego poziomu. Jak cię widzą, tak cię piszą”.
– Uprzejmie dziękuję, ale proszę sobie nie robić subiekcji – odpowiada Ilza. – W pełni doceniam pani zaangażowanie, lecz niestety bardzo się spieszę. Przyjechałam jedynie uregulować należności.
– W tamtym pokoju zostały rzeczy.
– Och, proszę zrobić z nimi, co pani uważa. Niech je weźmie, kto chce.
– Nikt ich nie weźmie, nie ośmieli się nawet tknąć. Hrabina życzyła sobie, by wszystko przekazać pani. Wyłącznie pani – Herta Knopke wpatruje się w przesłoniętą woalką twarz Ilzy, usiłując zajrzeć jej prosto w oczy. Sama ma rozszerzone źrenice i drżące usta. Ilza odkrywa ze zdziwieniem, że ta miejscowa kobieta boi się Anny. Boi się żałosnej, głupiej, a teraz już nawet martwej i pochowanej Anny Eudory, której ostatnim sukcesem było, jak się zdaje, odgrywanie roli wielkiej pani hrabiny w miasteczku zagubionym wśród wydm i bagien. Miejscowe towarzystwo musiało paść plackiem przed modelem kapelusza sprzed trzech sezonów i tandetną, szklaną kolią, z której, zdaniem Helmuta, wyśmiewał się cały Berlin.
– Hrabinie zależało, by rzeczy trafiły do pani rąk, wyłącznie do pani rąk – nalega gospodyni. – Cenne przedmioty, rodzinne pamiątki…
– Nie potrzebuję żadnych rodzinnych pamiątek. Jeśli pani nie chce niczego zatrzymać, proszę oddać biednym, na pewno są jakieś ubogie rodziny w mieście – Ilza traci cierpliwość: niczym żebraczka stoi pod furtką niewychowanej mieszczki, nawet nie poproszono jej do środka! Moknie na deszczu, marznie na wietrze. Czuje, jak nos w szybkim tempie nabiera czerwieni ostro kontrastującej z bladą cerą. Naturalnie, uroda to błahostka, marność nad marnościami, mydlana bańka, którą prawdziwy chrześcijanin przepuszcza koło nosa – koło tego czerwonego nosa właśnie, bo liczy się, co człowiek ma we środku, ale Ilzę i tak irytuje świadomość, że wygląda jeszcze gorzej niż zazwyczaj. Dręczy ją też obawa, że nie zdąży na powrotny pociąg do Szczecina, przeliczyła się bowiem: jazda rozklekotaną dorożką ze Stacji do Hole zabrała więcej czasu, niż się Ilza spodziewała. A teraz jeszcze ta bezsensowna rozmowa! Cenne minuty mijają, czas biegnie, pociąg nie zaczeka, Ilzyda nie ma pojęcia, gdzie, jeśli się spóźni, będzie nocowała, gdzie tu jest jakiś niedrogi a przyzwoity hotel czy zajazd, w którym samotna dama, choćby nie pierwszej młodości, nie będzie narażona na afronty. Herta Knopke zaś kręci głową i powtarza swoje w kółko:
– Nikomu prócz pani nie wolno dotykać tych rzeczy. Pani matka wyraźnie powiedziała: niech nikt nie waży się niczego tknąć, przekaż Ilzydzie, że musi wszystko zabrać!
– Tak mówiła moja matka! – Ilza podnosi głos. – Ja teraz mówię co innego, a ona nie żyje!
Żywa czy umarła, Anna Eudora od dawna nie ma już prawa dyktować Ilzydzie żadnych warunków.
Zgromiona gospodyni daje za wygraną. Odwraca się i mruczy przez ramię, nie patrząc już na Ilzę:
– W takim razie chodźmy na cmentarz. Nie mogę sobie pozwolić na stracenie z panią całego dnia.
– I vice versa – odcina się Ilzyda. Tego Herta już nie komentuje, bo zapewne nie zna łaciny.
Cmentarz na szczęście jest blisko, tuż za rogiem. Schodzą z brukowanej alejki i kluczą między nagrobkami. Knopke prowadzi Ilzę do miejsca przy samym murze, gdzie ze świeżego nasypu ścieka strużkami na ziemię żółte błoto. W rozmiękły piach wciśnięto świeczkę. Stoi wygasła, nawet nie wypalona do końca, tylko zgaszona deszczem.
– Pustki były na pogrzebie – mówi Herta Knopke. – Przyszliśmy tylko ja i pastor.

Dwie obce, obojętne osoby, jedna świeczka, żadnych wieńców. Gdyby Ilza sprowadziła ciało matki do Berlina, tam na pewno pożegnanoby hrabinę von Taffel wystawniej. W końcu kiedyś była gwiazdą. Wielu się w niej kochało – a potem zdradziło i puściło kantem. Nie miała biedaczka szczęścia do ludzi: fałszywe przyjaciółki odbijające konkurentów, niestali w uczuciach amanci i córka, jedyna córka, która nawet nie przyjechała na pogrzeb. I wcale nie ma z tego powodu wyrzutów sumienia! Herta Knopke może sobie gadać co tylko chce, Ilzę nie jest w stanie to w ogóle dotknąć.
– Poczekam dalej, by pani nie krępować – gospodyni odchodzi kilka kroków w bok. Ilza zziębniętymi palcami w mokrych rękawiczkach dotyka czoła –pięknie, już rozpalone gorączką – i kreśli znak krzyża. Na czarnej tabliczce wypisano białą farbą: Anna Tafel zmarła 1 października 1913 roku. Nie ma ogonka pod a – Niemcy często nie znają tego znaku i z Tąfla zrobił się Tafel. Nie szkodzi, ważne, że nie ma hrabiny, „von“ i tego pretensjonalnego podwójnego „f“. Nie ma też daty urodzin, ale to nie jest niedopatrzenie, lecz ustępstwo – za życia Anna Eudora odejmowała sobie z wdziękiem co najmniej jeden dziesiątek lat, albo w ogóle omijała wątek wieku. Na aluzje (nie wypadało pytać wprost) odpowiadała kokieteryjnym „a na ile wyglądam?“. Odpowiedzi były zawsze podobne: ależ droga pani, gdyby nie fakt, że ma pani taką dużą córkę, pomyślałbym, że jest pani niewiele od niej starsza. Taka duża córka. Prawdziwa panienka. Za duża córka. Ilzyda porzuciła środowisko, w którym się wychowała, Helmuta, paskudny, znienawidzony Berlin, brudy ukrywane pod elegancką narzutką. W Szczecinie prowadzi ubogie lecz uczciwe życie, w którym nie ma niczego udawanego, wszystko jest prawdziwe. No, może z wyjątkiem nazwiska, bo oficjalnie wszak wciąż nosi mężowskie, ale obiecała, że nie będzie go używać żyjąc na własną rękę. Przyrzekła podawać się za pannę. Starą pannę. Na swój sposób to nawet uczciwsze, bo o wiele bardziej czuje się Ilzą Tąfel niż panią Ilse Bonusch. A wracając do nagrobka, czyż brak jakiejś daty na jakimś krzyżu w rogu prowincjonalnego cmentarza ma teraz znaczenie? Może coś zepsuć? Nie unieważni krucjaty, z której Ilza jest taka dumna. Skłońmy głowę przed majestatem śmierci, jak mawiała siostra Franciszka. Jeśli Anna widzi ten skłon, z piekła, nieba, niebytu, skądkolwiek gdzie teraz jest, może się cieszy? Coś podobnego, tym razem córka jej nie zdradziła!
– Nie – mówi sobie Ilza – nie chcę o tym pamiętać, nie będę o tym myśleć, nic nie myślę, tralalala, amen, wieczny odpoczynek.
Herta Knopke stoi w dyskretnym oddaleniu. Podchodzi, gdy Ilza odwraca się od grobu. Jeśli panienka chce, by ktoś sadził kwiaty, bo wiadomo, że jest nietutejsza, to ona zna solidną kobietę, która się tego podejmie za niewielkie pieniądze, mówiąc zaś o pieniądzach…
Należności za pogrzeb, krzyż, wysłanie telegramu oraz długi matki – zaskakująco niewielkie – zostają uregulowane od razu, o krok od świeżego grobu. Jeden z banknotów, czyściutkich – bo niedawno wyjętych przez Ilzę z banku – zmieniając właścicielkę wymyka się obu parom rąk.
– Och, – Ilza podnosi go z ziemi, brudząc czubki czarnych rękawiczek na żółto. – Przepraszam, trochę się pomazał.
– Nie szkodzi – odpowiada dobrodusznie pani Knopke. – Pieniądze to pieniądze, czyste czy brudne.
Rękę z banknotem wkłada do kieszeni fartucha, a gdy ją sekundę potem wyjmuje, w zaskakująco cienkich jak na tęgą osobę palcach trzyma klucz.
– Nie da już pani rady wracać dziś do Szczecina – tłumaczy Ilzydzie jak upartemu dziecku. – Po co szukać noclegu przy Stacji, tam naprawdę nie ma dużego wyboru, skoro może pani przenocować w pensjonacie? Bezpłatnie, w tym samym pokoju, w którym mieszkała pani matka. Może też pani zostać za darmo dzień, a nawet dwa. Prawdziwa okazja, inni ludzie ciężkie pieniądze płacą, by się morskiego powietrza nawdychać. Klucz jest od drzwi wejściowych, nie ma drugiego klucza, pani matka nie zamykała pokoju, mieszkała sama jedna.
Ilza unosi brwi.
– Sama jedna w całym pensjonacie, tak, ale w naszym miasteczku wszyscy wszystkich znają i dama nie ma powodu do obaw, nikt nie będzie jej się narzucać. Przy okazji przejrzy pani rzeczy. To już pani decyzja, co z nimi zrobi. Hrabina mieszkała w latarni, tak nazywamy małą wieżyczkę, zresztą zobaczy pani. Schodami proszę się nie przejmować, skrzypią, ale właściwie są w dobrym stanie, no może ósmy stopień od góry zaczyna się trochę wyłamywać, lepiej go przestąpić.
Nie czekając na odpowiedź, gospodyni wkłada Ilzydzie klucz do ręki. Zimny i ciężki. Najpierw lodowacieje od niego dłoń, potem chłód rozchodzi się po całym ciele. Gdy dociera do serca, Ilzę ogrania rozpacz. Zaczyna nią trząść gniew, ba, wręcz furia. Nienawiść. Czuje, że mogłaby zabić. Chce zabić. Zaszokowana, niezdolna do ani jednej racjonalnej myśli, Ilzyda Filomena drży i stoi bez słowa, aż fala emocji opada, pozostawiając po sobie pustkę i wyczerpanie.
To po prostu dreszcze z powodu gorączki, wapory ze zmęczenia długą podróżą, oczy pieką i łzawią od ostrego wiatru. Gospodyni ma rację. Lepiej odpocząć, nabrać sił, dojść do siebie, wyjechać jutro rano.
– Przepraszam, rozbolała mnie głowa – pod czujnym okiem Herty Knopke, Ilza czuje się w obowiązku wytłumaczyć z czegoś, co z braku lepszego określenia uznaje za chwilę niedyspozycji. – Chyba mam gorączkę.
Ociera oczy woalką.
– To od wiatru – wyjaśnia.
Gospodyni kiwa głową, najwyraźniej przyjmując fakt do wiadomości.
– Przenocuję w pensjonacie – ustępuje Ilza.
– Bardzo słusznie – mówi Herta Knopke. – Zaprowadzę panią.
Chuda w parze z przysadzistą, milcząc, idą obok siebie opustoszałymi ulicami miasteczka. W taką pogodę nikt kto nie musi, nie wychyla nosa z domu, za to podgląda świat zza haftowanych zazdrostek. W końcu cisza staje się nie do wytrzymania.
– Znała pani dobrze moją matkę?
– Nie, nie – odpowiada szybko, może nawet za szybko, Herta. – Nikt jej nie znał. Była obca w tych stronach, pani sama wie najlepiej. Nikt jej nie odwiedzał i nie utrzymywała z nikim stosunków.
– Ale z panią się widywała.
– Tak, bo ja przychodziłam po czynsz i przynosiłam rzeczy, które pani matka zamówiła. Jedzenie i tak dalej. Pod koniec jednak prawie nic nie jadła.
– Chorowała?
– Pewnie tak.
– Na co?
– Nie wiem.
– Jak zmarła?
– Nie wiem.
– To pani ją znalazła?
– Ja, ale niczego nie wzięłam.
Ilza wzrusza ramionami. Tamta ma chyba jakąś obsesję. Wie przecież, że jeśli o Ilzę chodzi, mogła sobie wziąć wszystko na zdrowie. O czym z taką nieobytą, małomiasteczkową babą gadać? Znów zapada milczenie, na szczęście dochodzą już do wydm. Zza żółtych pagórków wyzierają trójkątne wycinki wzburzonego, szarego morza. Fale z głośnym szumem biją o brzeg. Ilza zauważa, że spod mokrego piasku prześwituje drewniany chodnik.
– Wejście na molo – wyjaśnia Herta Knopke. – Ale o tej porze roku jest tu pusto.
To się zgadza, w oddali spaceruje tylko jedna osoba, mężczyzna, zapewne przyjezdny, zważywszy na zauważalną nawet z daleka szykowną, a jednocześnie dyskretną linię stroju. Elegant wpatruje się w stojący na skarpie dom: piętrowy, z fantazyjną wieżyczką, zarastający zielonoszarymi plamami porostów. Na poznaczonych łatami odpadniętego tynku ścianach majaczą zatarte, ale wciąż dające się odczytać litery: „Szczęście Adeliny“. Okna parteru zabito deskami, na dachu kiwa się desperacko na wietrze, wbita korzeniami w dachówki młoda brzózka.

Chcesz czytać dalej? Zostaw swój e-mail:

Imię i nazwisko

Adres e-mail

Zgoda na wysłanie całości zawsze zależy od autora.

ostatnia aktualizacja: 30 października 2016, katarzyna


5 odpowiedzi na Joanna Dobkowska, Medium

  1. Chcę więcej. Już czuję jak tam zimno, kiedy tak wieje od morza.

  2. Niesamowity fragment, czuję atmosferę grozy

  3. Gdzie można ją kupić?

  4. Ma się ukazać wiosną przyszłego roku i sądzę, że będzie w Empiku, w wielu księgarniach i w sklepach internetowych. Dziękuję za zainteresowanie 🙂 Autorka

  5. Świetny fragment! No i znów tajemniczo 🙂 Czytaliście inną książkę Asi „Wygraj lepsze wcielenie” ? Polecam!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.


*