Daniel Działa, Stan nieważności

Miasto wymknęło się spod kontroli mieszkańców i zaczęło żyć własnym życiem! Budynki zapadają się nagle pod ziemię, a potem wyrastają w najmniej oczekiwanych miejscach. Na nic zdadzą się mapy, plany, opracowane trasy. Ale to nie wszystko: spikerka komenderuje domownikami wprost z telewizora, po ulicach grasują poetyckie bojówki. Czas również przestał być jakimkolwiek punktem odniesienia. W opowiadaniu „Stan nieważności” Daniel Działa brawurowo konstruuje alternatywną rzeczywistość, bawi się surrealizmem i poetyką realizmu magicznego. Jego bohaterowie próbują znaleźć dla siebie miejsce w świecie, który wywrócił się do góry nogami (żeby tylko do góry nogami!). Uda im się? Zadanie niełatwe, bo nie dość, że muszą jakoś dojść do porozumienia ze zbuntowanym miastem, to jeszcze demon destrukcji został już obudzony…

 

Daniel Działa
STAN NIEWAŻNOŚCI

Mówiło się, że miasto w pewnym momencie straciło cierpliwość do ludzi. Do tej pory siedziało cicho, znosiło wszystkie obelgi, korki, napady, wygłupy, bezsensowne dialogi ciągnące się w nieskończoność. W końcu jednak rzekło: dość! Albo zwyczajnie pokazało środkowy palec.

To wszystko jednak nadal pozostawało w sferze domysłów. Nikt tak naprawdę nie wiedział, co się dzieje. Z dnia na dzień budynki zmieniły lokalizację, niektóre w ogóle zniknęły i pojawiły się w innych dzielnicach. Ludzie błądzili po omacku i aż podskakiwali z radości, gdy jakimś cudem znaleźli ulubiony sklep albo trafili do pracy.

Ale to był dopiero początek. Przetasowania architektoniczne stanowiły wstęp do większej gry. Nadal tylko nie wiadomo było, kto ją prowadzi i o co właściwie chodzi. Niebo stało się szare, chmury poznikały, ale rozpoczęły się opady czarnych płatków. Ludzie zaczęli kryć się po swoich domowych norach, byle tylko się nie pobrudzić. W tych trudnych czasach czystość pozostawała chyba jedyną wyższą wartością. A to w rezultacie sprawiło, że miasto pogrążyło się w ciszy. Rzadko ktoś przemykał ulicą, samochody padły, jedyne słyszalne odgłosy to sypiące się mury, pękające ściany, chodniki. W końcu stracono rachubę czasu, a permanentna szarość była jedynym punktem odniesienia. Prowadzącym zresztą donikąd.

Iwona jednak nie przejmowała się tym, że wygląda jak łaciata krowa. Jako jedna z nielicznych mieszkanek miasta nie bała się biegających budynków i niemal żywych kamienic. Jej zdaniem miasto miało prawo się zbuntować. Sama by to zrobiła na jego miejscu.

Nigdy nie zabierała ze sobą parasola. Ludzie w oknach patrzyli na nią jak na wariatkę, a ją zwyczajnie to wszystko bawiło. W pewnym sensie poczuła się wolna, wiedziała, że wkracza na nieznany teren. Nigdy nie miała pewności, dokąd dojdzie – i czy w ogóle wróci do domu (często się przemieszczał). Gdy pogrążała się w swoich dziwnych myślach, kolejny czarny płat spadł jej na głowę.

Zadumała się chwilkę i prawie uderzyła głową w ścianę. Tuż przed nią właśnie wyrósł nowy budynek. Przypominał nieco zrujnowaną kamienicę z końca XIX wieku, elewacja z cegieł, które wiele przeżyły, a nadgryzł je tylko ząb czasu. Kiedy tylko nowy obiekt pojawił się na środku ulicy, dwa sąsiednie budynki natychmiast się zapadły pod ziemię. Nikt w nich nie mieszkał. Może zwyczajnie z każdą chwilą czuły się coraz bardziej bezużyteczne i postanowiły zniknąć?

To z kolei sprawiło, że w starą kamienicę wstąpiło życie. Cegła zaczęła się sama remontować, a na szczycie wyrósł rząd pseudoantycznych rzeźb. Budynek poczuł, że żyje i jest w centrum świata.

– Nigdy nie zrozumiem, o co w tym wszystkim chodzi – pomyślała Iwona.

Miała też nadzieję, że jej ulubiona kawiarnia nie zmieniła miejsca pobytu. Jakież było zdziwienie klientów, którzy wypadając z kawiarni na ulicę, znaleźli się w dzielnicy, której nigdy wcześniej nie widzieli. Rozpoznawali kilka budynków, ale były one rozsiane w totalnym nieładzie, a między nimi wyrosły potężne zielone gmachy. O grzybach nie wspominając.

Niespodzianek na ulicach nie brakowało – największą był nielegalny handel. Wydawałoby się, że w tak niesprzyjających warunkach nic podobnego nie może mieć miejsca, ale handlarze potrafią dostosować się do każdej sytuacji. Snuli się w szarości i tylko wypatrywali spacerowiczów. Gdy tylko ktoś się nawinął, natychmiast rozstawiali się pod parasolem.

Iwona wypatrzyła jednego z handlarzy. Sprzedawał wędzone łososie.

– Czemu cholerne łososie? – pomyślała.

Chwila wahania, ale raz się żyje.

­– Dzień dobry, ile kosztuje jedna sztuka? – zapytała.

– Osiem pięćdziesiąt – mruknął pod nosem.

– Ehem – Iwona pogrzebała w kieszeni. Miała tam tylko dziesięć złotych. – To poproszę.

Podała handlarzowi dziesięć złotych, ten popatrzył ze złością na nią, potem z jeszcze większą złością na banknot.

– Niech rozmieni!

– Ale gdzie rozmieni?! – zdenerwowała się Iwona. – Przecież nie ma tu żadnych sklepów, a banki podobno znaleziono trzy dzielnice dalej.

– Nie mój problem, niech rozmieni. Albo weźmie za 10 złotych sztukę.

Różnica w cenie niewielka, ambicję można schować do kieszeni – pomyślała Iwona.

– No dobra, niech panu będzie.

Iwona poprosiła o największą porcję. Sprzedawca nagle dziwnie się ożywił. Radośnie nucąc pod nosem jakąś przyśpiewkę, szybko chwycił okazałą rybkę i podał Iwonie. Ona, jak nigdy wcześniej, zapragnęła rozmowy.

– A jak się panu handluje? 10 złotych to drogo czy tanio? Straciłam już poczucie rzeczywistości. I cen.

– Wie pani, dla mnie to tanio, a dla klientów drogo! – sprzedawca się na chwilę zadumał i żałośnie wzruszył ramionami. Ale radość szybko wróciła.

Iwona miała się już zajadać łososiem, gdy wyrósł przed nią myszowaty mężczyzna. Miał na sobie pokryty pajęczyną cylinder, pomarańczowy garnitur i buty za duże przynajmniej o dwa rozmiary.

– Cóż to za łosoś piękny różowy, cóż to za młoda niewiasta! – krzyknął mężczyzna i już chciał objąć Iwonę, ale ta w porę uciekła spod parasola.

– Maurycy, do cholery! Skąd się tu wziąłeś?

Chcesz czytać dalej? Zostaw swój e-mail:

Imię i nazwisko

Adres e-mail

Zgoda na wysłanie całości zawsze zależy od autora.

ostatnia aktualizacja: 21 sierpnia 2016, katarzyna


6 odpowiedzi na Daniel Działa, Stan nieważności

  1. Super pomysł z przemieszczającym się miastem!

  2. Podziwiam niesamowitą wyobraźnię autora!

  3. Ciekawa jestem jak się to dalej rozwinie – w czysto oniryczną wizję, czy autor z tej sennej poetyki wyprowadzi konsekwentną fabułę. Obydwa możliwe przypadki – intrygujące.

  4. Trochę jak z Cortazara. Bardzo mi się podoba. Czy jest już jakaś książka tego autora?

  5. Straszna Aneta // 10 listopada 2015 o 15:53 // Odpowiedz

    Cóż to za łosoś… 😀 fajne nawiązanie do „Świtezianki”. A Maurycy rodem z hitu Ich troje :p

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.


*