Monika Mostowik, Patrzę

Autorka o książce : „Kobiecość – czymkolwiek jest oraz czym nie jest – rozbieram na części pierwsze, z sukienek i szminek, z warkoczy i róż, z łez. I tkam z tego sny”. W dwudziestu dwóch, tworzących spójny zbiór, opowiadaniach Monika Mostowik w sobie właściwy sposób zajmuje się tematem, który stał się znakiem firmowym jej twórczości, a mianowicie kobietą niepewną swej tożsamości. „Patrzę” to książkowy powrót po dłuższym milczeniu – poprzednio były „Histeryjki o May” wydane w 2008.  Ilustracje do „Patrzę” wykonała Ada Danda. Wydawnictwo JanKa, 2017

Fragment książki:

Patrzę. Może się czasem wydawać, że patrzę, a nie widzę, ale od tego mam aparat. Potem wszystko się okazuje i widzę, nawet to, co umknęło mi za pierwszym razem, w tamtej chwili. Patrzę, czasem przez łzy, bo to wszystko jest takie wzruszające; widzę jakby więcej niż oni, bo jestem z boku, bo patrzę. Miewam niekiedy ochotę zaprosić ich tu na bok, żeby zobaczyli. Czasem przymykam powieki, żeby widzieć lepiej, ostrzej – robienie wielkich oczu nie zawsze pomaga – albo wręcz przeciwnie, ale lubię się też dziwić, i nie mogę nic na to poradzić. Mrużę oczy, nawet jak nie ma słońca, ale sobie je wmawiam, wtedy zdjęcie nabiera kolorów. Nie wszystko jest czarno-białe. Na szczęście. Choć właściwie nie lubię kolorów – na sobie, w sobie. Noszę się na czarno i mieszkam w białym mieszkaniu, to w zupełności wystarczy. To mnie uspokaja, jest w tym porządek i harmonia.

W domu otaczały mnie te zdjęcia, rozwieszone na ścianach jak bielizna, można było budować z nich historie, reportaże. Udawało mi się połączyć kropki, zbiegi okoliczności. Ludzi, którzy się nie znali, ale mieli tyle ze sobą wspólnego. Wszyscy jesteśmy wbrew pozorom bardzo do siebie podobni, choć tak bardzo staramy się wyróżnić, może właśnie dlatego. Jeśli więc coś wyjątkowo wpadło mi w oko, to zawsze było dla mnie wielkie zaskoczenie. Były dni, kiedy mogło się wydawać, że to już nigdy się nie zdarzy. Taka sama nuda codziennie, te same szare twarze, tak samo wydeptane trawniki, te same wypadki i potknięcia i ich konsekwencje. Nic nowego, innego, nic, co zbudziłoby mnie do życia. Kusiło mnie, żeby czasem kreować rzeczywistość, wpływać na nią, rzucać granaty. Ale te światysię jakoś mimochodem znajdowały, nie trzeba było ich stwarzać. Światy w światach okazywały się jak duchy, dni jak miniatury całego życiorysu, skondensowane życie, jak w pigułce, połykane rano na śniadanie i wieczorem na sen, a czasem odwrotnie.
Odpoczynkiem było dla mnie patrzenie w okno. Zamykanie oczu rzadko wchodziło w grę. Nawet we śnie wszystko było widoczne, nie dało się przestać patrzeć. Zamazane obrazy, twarze nie do rozpoznania, dlatego trzeba je było nazywać, tytułować, nadawać dziwne imiona; niepowtarzalne, żeby zostały w pamięci. Pewnego dnia, zupełnie nagle, wyrósł mi przed oknami budynek. No i widok na cudze okna. Ani chwili spokoju. Niektóre okna były zasłonięte, ale w innych dużo się działo. Nie dało się przestać obserwować, choć to strasznie męczyło. Rolety nie były dobrym rozwiązaniem, nie uśmiechało mi się żyć po ciemku, więc znikąd ukojenia, odpoczynku.
Nagle kobieta z naprzeciwka zaczęła wyrzucać rzeczy przez okno. Dosłownie wszystko. Ciężkie sprzęty, które uszkadzały okno, bo ledwo się w nim mieściły, też. Przyjechali policjanci, trochę posprzątali, a ona trochę się uspokoiła; nie bardzo, strasznie długo płakała. Siedziała potem skulona w pustym pokoju. Trudno było zgadnąć, co planuje. Długo nie wychodziła. Trudno mi było pracować przez nią, wyjść z domu, żeby nie patrzeć na nią, tak po prostu siedzącą. Jak ja w tym oknie naprzeciwko. Była jak posąg. Gdyby nie siedziała, tylko leżała, to naprawdę można by pomyśleć, że nie żyje. Nagle wstała, aż jabłko stanęło mi w gardle, i zaczęła się rozbierać. Potem znikła, zdaje się w łazience, nie było jej dłuższą chwilę, i wróciła mokra, z krótkimi włosami. Obcięła je nierówno, niedbale, pewnie w złości. Szkoda, że nie było stąd widać łazienki. Taka ociekająca wodą usiadła przy komputerze. Potem dostarczano jej jakieś paczki; ubierała się w to, co właśnie kupiła. To wszystko wyglądało na totalną wymianę, wyrzuciła wszystko i kupiła nowe. Aż dziw, że została w tym mieszkaniu. Kilka dni później przemalowała ściany. Na kolor, którego nie potrafię nawet nazwać. Ładnie jej było z krótkimi włosami, choć  jej twarz ledwo się zarysowywała z tej odległości. Trzeba było więc zakupić jakiś lepszy sprzęt, żeby móc ją lepiej widzieć. Nie wiem, jakim cudem udało mi się nie zrobić jej żadnych zdjęć do tej pory. Samo patrzenie na nią było tak absorbujące. Ciężko było wybrać jeden kadr i wtedy naciskać spust, trzeba by strzelać seriami. O mało nie wyrzucili mnie z pracy, że się zaniedbuję, dzwonili z wydawnictw, pytali o zdjęcia, trzeba było wysyłać jakieś starocie. Na szczęście moja nuda kiedyś wygenerowała tego całe mnóstwo, jakby na zapas, na taką właśnie czarną godzinę, i teraz mogę jakiś czas na tym przetrwać, bo nie mogę sobie pozwolić na żadne wycieczki w miasto, kiedy tu takie sensacje się dzieją, tuż pod moim oknem. W obserwacji pomagał mi coraz lepszy sprzęt. Udało mi się zamienić wszystko, co mało w domu potrzebne, na dłuższe lunety, obiektywy, statywy. Zdarzyło mi się sprzedać dwa razy ten sam reportaż, aż tak zależało mi na kasie. Nie da się po prostu szybko zarobić, jeśli nie można opuścić mieszkania. Na szczęście ona zaczęła wychodzić. Kiedy znikała, można było odpocząć. Bo nawet jak spała, trzeba było ją obserwować. Pięknie spała, to było takie przyciągające, przyklejało wręcz do szyby. Czasem płakała przez sen, a czasem się kuliła jak embrion, uśmiechała jak dziecko, które dostało lizaka, oblizywała przy tym usta. Spała na różne sposoby, można by dopisywać do tego całe opowieści. Jej twarz była tak plastyczna, jak najpiękniejsze obrazy. A zdjęć nie trzeba było nawet obrabiać, były doskonałe. Od niej biło magiczne światło, nic go nie rozpraszało. Choć niekiedy  nocą wydawało mi się, że wszystko jest jasne, a potem na monitorze – istna ciemność, w której znikała jej sylwetka.
To by było coś, mieć ją samą w studiu, kiedy tylko dla mnie robi miny, pozuje, wygina się, udaje kogoś innego, i pewnie nigdy nie dałoby się odgadnąć kogo.

Nikt by mnie nie zmusił do wyjścia z domu, kiedy ona była u siebie. Ale kiedy wychodziła, ja razem z nią. Choć całkiem osobno, w swoją stronę, załatwiać swoje sprawy. Jak po wyjściu z kina. Nie kusiło mnie nigdy, żeby iść za nią. W zupełności wystarczyła mi ta przestrzeń i to, co do niej wnosiła. Zdarzyło się jednak, że kiedyś nie wróciła na noc, to była okropna noc. Chodzi o moją pustkę, nie martwienie się o nią. Jakby nagle przestali w telewizji nadawać mój ulubiony serial. Tego typu pustka. Albo jak ten moment, kiedy tracisz pracę i nie masz czym się zająć. Co rano bezmyślnie wstawało się do pracy, a tu nagle pewnego dnia nie ma dokąd pójść. Trudno ochłonąć i po prostu wyjść z domu, robić zdjęcia jak poprzednio, patrzeć jak wtedy, korzystając teraz z chwili czasu, ale to wszystko tak zupełnie bez sensu, że aż mnie mdli. Nie było dokoła zupełnie nic, na czym można zatrzymać wzrok. Bezbarwna rzeczywistość, bez wyrazu, wszędzie tam, gdzie jej nie było. Udało mi się jednak doklejać ją wszędzie, dawało mi to dużo radości. Wszystko nagle nabierało sensu, jak przez różowe okulary.

Śniło mi się, że grzebię w jej śmieciach. Czytam jej listy, a nawet na nie odpisuję, myję zęby jej szczoteczką. Takie skrajne pragnienie bycia bliżej. Chodzenie po jej śladach, oddychanie jej powietrzem. Przedziwne uczucie bycia na swoim miejscu, nigdzie indziej nie było mi wygodniej. Choć nie była to wygoda w sensie bujanego fotela, ciepłych kapci przy kominku; całkiem innego rodzaju ukojenie, jak koniec podróży, jakby skóra przestała uwierać niby za ciasne spodnie, tylko zaczęła wreszcie pasować, oddychać wraz ze mną. I z nią. Ale to był tylko sen i czym prędzej został przegoniony czarną kawą bez cukru, zmyty zimną wodą na otrzeźwienie. Skóra wróciła do normy, rogowaciała jak trzeba każdego dnia, wiotczała tylko w nocy, jak nocna koszula rozlewała się na łóżku i czekała, aż coś ją wypełni. Treść jakaś, cokolwiek, byle nie lęk. Taki lęk, kiedy wywołuje się zdjęcie i nic się nie pojawia. Płuczesz, płuczesz i nic… a miało być tak pięknie, zachwycająco i treściwie. Nie można liczyć na cud, trzeba wszystko po prostu wymyślać. Ona była taka właśnie, trochę jakby wymyślona, nie do końca prawdziwa za tą szybą.  Jak ciastka w cukierni,  najpiękniejsze przeżycie, móc je tak oglądać, podziwiać, oblizywać się na samą myśl o tym, jak smakują wisienki na torcie, białe bezy, orzechowe makaroniki, ptysie i eklery, delektowanie się wyobraźnią, tworzenie własnych smaków. To była uczta dla mnie jako dziecka kiedyś, co niedziela język przyklejony do szyby cukierni.  Raz ktoś się nade mną zlitował i kupił mi ciastko, najpiękniejsze, najsłodsze, a jednak okazało się totalnym rozczarowaniem. Coś się skończyło na zawsze. Dlatego przed jej drzwiami, kiedy palce już niemal zapukały, prawie nacisnęły już klamkę, cały świat zadrżał i uciekł. Spłynął do podziemia, do kanałów pod tymi wszystkimi budynkami, które są tak wysokie, że coraz bardziej wydaje nam się, że jesteśmy bliżej nieba. Niektórzy patrzą i dotykają, a przynajmniej się tym podniecają. U mnie powstaje jednak inny rodzaj podniecenia, zupełnie nieoczywisty. To jest takie święte i czyste, sterylnie czyste. Ja po prostu patrzę.
Kiedy patrzysz, ludzie się zmieniają. Nabierają znaczenia. Opowiada się ich historia, choćby w ułamku sekundy. Kiedy wiedzą, że patrzysz, zaczynają odgrywać scenki. Czasem wcale nie swoje, czasem jest im w nich lepiej, czasem gorzej. Jedni, nieśmiali, czują się nieswojo, ale inni są jak ryby w wodzie. Rozkwitają nagle, promienieją. Ciekawe, czy ona chciała być widziana. Czy chciała być widoczna. Wyglądała, jakby nie miała nic do ukrycia, może dlatego, że nic nie miała. Stała mi się bliska, choć mało dała się poznać. Mało było w tym jej życiu regularności, jakichś rytuałów. Że wstawała o tej a o tej, piła kawę z cukrem czy bez, odkurzała w soboty, w piątki podlewała kwiaty – nic z tych rzeczy. Wszystko działo się nagle, zupełnie niespodziewanie, za każdym razem inaczej. Jakby się zapominała i wszystko zaczynała od nowa. W pewnym sensie to było trudne do zniesienia, za każdym razem przestawiać dzień, a nawet noc. Potrafiła spać z innej strony łóżka co chwilę, a nawet w poprzek. Była dla mnie zawsze niespodzianką.

Nigdy nie interesowało mnie, kim jest, z czego żyje, czy ma bliskich. Nikt jej nie odwiedzał, rzadko wychodziła, rzadko w ogóle robiła cokolwiek. Wyglądało na to, że nie jadła całymi dniami. Może nie miała pieniędzy albo po prostu z jakichś trosk zapominała o najważniejszych potrzebach, usychała mi jak roślinka, której nie podlewam. Trzeba mi było jednak uważać, żeby się nagle nie skończyło to wszystko, żeby mnie nie wywieźli do wariatkowa, trzeba było uważać, ostrożnie wyglądać zza firanki, skradać się. Firanki zawsze były dla mnie zbytkiem, ale teraz okazały się zbawieniem, maskowały moje spojrzenia. Zdjęcia jednak wszystkie były jak za mgłą, jak we śnie. Nalewała sobie wino, a wtedy wydawało się, że napełniał się też mój kieliszek. To smakowało właściwie jak woda, która miała się przemienić w wino. Zamroczenie jednak zbyt wiele by mnie kosztowało, pełnia sił i świadomość były dla mnie najważniejsze, żeby czuwać, żeby nic nie przeoczyć, żeby nic nie umknęło mojej uwadze. Ale żal mi jej było, że tak pije sama. Nigdy nie patrzyła w moje okno, nigdy. Trochę, przyznam, było mi przykro z tego powodu. Żeby tak zupełnie nic się nie zainteresować? Nie wyczuć? Przecież kobiety mają intuicję, powinna to czuć przez skórę. Tak mijały mi dni i noce, tygodnie, miesiące.
Aż pewnego dnia otworzyła szeroko okno. Wydawało się, że znowu zacznie wszystko wyrzucać. A ona po prostu wyskoczyła. Po pewnej nieprzespanej nocy wstała, otworzyła okno, w białej koszuli nocnej stanęła na parapecie i skoczyła. I wtedy po raz pierwszy wydawało mi się, że spojrzała na mnie, w moje okno, tuż przed tym skokiem, jakby się chciała pożegnać. Nie wiem, jak teraz będę z tym żyć. Bez niej. Była całym moim życiem. Jej życie przecież stało się moim, do potęgi i na wskroś. Nic poza tym nie było ważne. A teraz zostało mi puste okno z poplamionymi firankami, okno jak otwarta rana. Muszę stąd uciec. Pozbyć się tego sprzętu, zdjęć, zanim zaczną mnie oskarżać o wszystko, czego nigdy nie udało mi się dokonać. Mogą mnie ukarać za cokolwiek, na przykład za to, że zamiast ją nakarmić, pocieszyć, wesprzeć, kiwnąć palcem, udało mi się tylko zrobić jej zdjęcia i po prostu patrzeć, jak ginie. Narobiła mi kłopotu.

 

ostatnia aktualizacja: 10 czerwca 2017, katarzyna


Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.


*