Angelique Pyton, Księga bluźnierców

Zwariowana, utrzymana w klimacie absurdu i groteski historia o antropologu, który jadąc na badania naukowe, zatrzymuje się po drodze w spokojnym (na pozór) miasteczku – Przedpieklu. Tu Carlos Stanislaw Ivan Mordechai Castaneda zaczyna tropić tajemniczą sektę demoli, która niszczy antropologowi samochód, rower (próbują zniszczyć, ale żałują, bo rower gryzie), dyktafon oraz telefon; w dalszej kolejności sekta zamierza zniszczyć cały świat, trzeba więc ją powstrzymać. Jest też wątek romansowy: antropolog zakochuje się w dziewczynie, co do której niestety nie ma pewności, czy jest po jego stronie, czy wręcz przeciwnie. Poza tym próbuje uczyć w szkole miejscową młodzież, wdaje się w spór z groźnym proboszczem Krukosem, podpada chytremu burmistrzowi Lisłoniowi i ledwie uchodzi z życiem, gdy szef mafii, Szczurekin, dochodzi do wniosku, że lepiej się jego osoby pozbyć. Na koniec Carlos Stanislaw Ivan Mordechai Castaneda jest już bardzo blisko odkrycia, kto jest tajemniczym szefem sekty, zwanym Wielkim Demolem, a nawet niebezpiecznego sekretu wszechświata.

 

Angelique Pyton
KSIĘGA BLUŹNIERCÓW

Opary wydobywały się spod ziemi na rogu Grójskiej i Warszawskiej, w kącie podwórka Wilkotów zaraz za wygódką (nieużywaną od kilku lat, odkąd podłączono kanalizację), a także pod Urzędem Miejskim. Najwięcej jednak buchało ich na skwerku w samym centrum Przedpiekla. Spowijały wieczną mgłą sześć rachitycznych drzewek, które tam rosły. Niewyraźny bez względu na pogodę skwerek był ulubionym miejscem schadzek miejscowych romantyków. Cuchnął co prawda siarkowodorem, ale za to opary rozmywały sylwetki kochanków dając niezły kamuflaż, tak że miejscowe plotkary, spędzające większość czasu na przyokiennych posterunkach, nie były w stanie stwierdzić z całkowitą pewnością, kto się z kim ściska. Oczywiście, miały swoje przypuszczenia, z których regularnie spowiadały się proboszczowi, dzięki temu ksiądz Krukos, odwiedzając wiernych po kolędzie (a czynił to nie spiesząc się, więc kolęda trwała w Przedpieklu okrągły rok), mógł rzucić aluzję akurat tam, gdzie trzeba. Dawał też dobre rady z gatunku tych nie do odrzucenia. Nikt z nim nie dyskutował, gdy stwierdzał na przykład, że trzeba jak najszybciej pożenić Marka i Mariolkę. Właściwe postępowanie miało szczególne znaczenie w Przedpieklu, bo, zdaniem proboszcza, w ramach odwiecznej wojny dobra ze złem i religii z bezbożnictwem miasteczko ulokowane zostało zaraz na pierwszej linii frontu. Wszyscy parafianie wiedzieli, że było areną działania mrocznych sił i ciemnych interesów: genetycznie modyfikowane pieczarki w szklarni Bykota rosły jak na drożdżach, a do pobliskiego, otoczonego parkiem dworku, kupionego od Agencji Rolnej i wyremontowanego przez hrabiego Flamingila, przyjeżdżali masoni. Woda ze studni miała posmak siarki, choć miejscowi dawno się przyzwyczaili i jeśli ktoś im o tym nie przypomniał, nie zauważali. Przede wszystkim jednak o bezpośrednim sąsiedztwie miejsca kary grzeszników świadczyły wydobywające się spod ziemi opary. Dlatego właśnie miejscowość nazwano Przedpieklem, aczkolwiek od dobrych paru lat przestała oficjalnie nosić to miano. Stało się tak za sprawą miejscowego burmistrza, który uważał, że odstrasza ono inwestorów, sugerując im coś przykrego i w ogóle tworzy klimat nieprzychylny dla biznesu. Lisłoń z uporem godnym słonia długo lansował zmianę nazewnictwa, wydeptywał w tym celu ścieżki i dywany w urzędzie wojewódzkim i w końcu udało mu się wydeptać, co chciał: Przedpiekle zamieniło się w Przyrzecze, lecz Krukos nie zaakceptował tego stanu rzeczy. Grzmiał z ambony, że od dawien dawna, z dziada pradziada, Przedpiekle zwano Przedpieklem z uwagi na bliskość wiadomego miejsca; że z łamania tradycji, a także zaprzeczania od wieków ustalonym faktom nigdy nie wynikło nic dobrego. Poza tym nowa nazwa, zdaniem proboszcza, kompletnie nie przystawała do okoliczności. Lisłoń kontrował, że opary świadczą o źródłach termalnych, które są szansą na rozwój miasta jako uzdrowiska, a Przyrzecze świetnie pasuje, bo przecież niedaleko płynie rzeka.

Rzeczywiście płynęła: ciemna jak Styks, na oko leniwa i spokojna, lecz pełna ukrytych wirów, szeroko rozlewająca się za miastem po intensywnie zielonych, płaskich jak stół łąkach.

Ten właśnie piękny widok kontemplował Carlos Stanislaw Mordechaj Ivan Castaneda, gdy samochód wypożyczony na warszawskim lotnisku zepsuł się i rozkraczył na środku drogi. Carlos S.M.I. Castaneda z wielkim trudem zdołał zepchnąć go na pobocze, zerknął pod maskę, choć mechanika była dlań dziedziną zupełnie obcą, zdziwił się, bo kilka przewodów robiło wrażenie jakby przegryzionych, ale oczywiście mógł się pomylić, próbował dodzwonić się do wypożyczalni, by przysłali pomoc drogową, a najlepiej zastępcze auto, lecz niestety miał za słaby zasięg. Jakiś czas krążył po podmokłych łąkach, usiłując go złapać. Bez skutku, przemoczył tylko buty i podeptał kaczeńce, albo jakieś inne żółte kwiatki, na botanice bowiem też się nie znał. Widząc nadjeżdżający samochód zawrócił w kierunku szosy, lecz nie zdążył dobiec. Auto przejechało beztrosko, nie zwracając uwagi na rozpaczliwie machającego rękami człowieka, więc Carlos doszedł do wniosku, że nie ma innego wyjścia, jak tylko podążyć do majaczącego się na horyzoncie miasteczka. Tam poszuka warsztatu samochodowego i zorganizuje pomoc w ściągnięciu zepsutego opla.

Do celu było tak na oko z dziesięć mil, ściągnął więc z bagażnika na dachu rower marki „Bike&Bite”. Przywiózł go aż z Nowego Jorku, bo był to sprzęt szczególny. Carlos S.M.I. Castaneda miał do świata stosunek racjonalny, ale podejrzewał (i się tego wstydził), że rower wykazywał – tak jakby – pewną indywidualność. Zdarzyło się wiele razy, że przyjeżdżał na wołanie. Dał też dowód przywiązania do właściciela: wściekle szarżując, obronił kiedyś Carlosa przed bandyckim napadem na Bronxie. Miał jednak i wady: był okropnie zazdrosny, nienawidził samochodów, raz, wepchnięty na tylne siedzenie, podrapał je strasznie i na dodatek pogryzł torbę. Właściciel zastanawiał się, czym ten rower może gryźć. Dzwonkiem?

Carlos pogłaskał Bibi, na wszelki wypadek, by nie brykał, potem wsiadł na rower i popedałował w kierunku górującej nad zielonymi łąkami strzelistej wieży kościoła.

Przy drodze, przewieszona przez grzbiet krowy, leżała dziewczyna w białej szacie i wianku na długich, ciemnych włosach. Gdy Carlos zatrzymał rower, zauważył, że zwierzę jest na postronku i usłyszał męski głos:

– Stój krowo, no mówię ci, stój! Patrz, co za bydlę, w ogóle nie słucha.

Dziewczyna nie zareagowała, wisiała jak martwa, za to krowa wciąż kręciła się w kółko. Podszedł do niej facet w berecie.

– Nie, to na nic – powiedział. – Możesz złazić, Polka. Głupie bydlę nie potrafi ustać w miejscu. Będziesz musiała położyć się na stole, a byka domaluję później.

Zauważył gapiącego się z otwartymi ustami Castanedę.

– A pan tu po co? I czego się tak patrzy, męczennicy chrześcijańskiej nigdy nie widział?

Miejscowy bynajmniej nie witał przybysza z otwartymi ramionami.

– Zapewne mała, zamknięta społeczność z ksenofobicznym rysem – pomyślał Castaneda i odzyskał głos:

– Bardzo przepraszam, very sorry, ale popsuł mi się samochód. Ponimajecie? Czy jest tu warsztat, auto service, gdzie…

Mężczyzna w berecie przerwał mu w pół zdania:

– Kolejny p..y geolog? Wacek widział, jak latał pan po łąkach z jakimś sprzętem.

– Co? Nie, to był tylko mobile phone, próbowałem złapać zasięg.

– Mobil co?

– Po polsku telefon.

– Telefon? A, taki bez kabla?

Castaneda wyciągnął go na dowód prawdy swych słów.

– O, jaki fajny! Dotykowy, z ekranikiem, pełen wypas, burmistrz ma podobny.

Mężczyzna w bereciku wyciągnął rękę po aparat, ale Castaneda zdążył już schować.

– Czy jest tu auto service? – powtórzył pytanie.

– Zaraz, nie tak szybko. Polak? Bo mówi pan dziwnie.

– Moja matka była Polką, w połowie Polką.

– A ojciec Szwab? Z Niemiec pan przyjechał?

– Nie, z Ameryki. Ojciec Argentyńczyk, w połowie Argentyńczyk.

– Aha. Jest pan geologiem? Jednym z tej kliki od Lisłonia?

– Nie, z żadnej kliki. Co to jest kilka? Coś z ludźmi, prawda? Ale ja tu nikogo nie znam. Jadę na Mazury, badać Filiponów.

Mężczyzna w bereciku popatrzył groźnie i zapytał jeszcze raz z naciskiem:

– Geolog?!

– Antropolog.

– A co to znów za pies? Czym się pan zajmuje?

– Kulturowym uwarunkowaniem lokalnych kultów.

– Aha. Czyli skałami?

– Nie, skałami w ogóle nie.

– Nie grzebie pan w ziemi?

– Nie.

– To może pan iść. Obiecałem sobie, że już więcej żadnemu geologowi sukinsynowi, który wejdzie na mój teren nie odpuszczę. Pół stodoły mi przez nich w dziurę wpadło. Warsztat zamknięty, ale niech pan spyta w Urzędzie Miasta o Gienia Bóbraka. On wszystko potrafi naprawić, od Frani po ciężarówkę. Lubię go, bo to swój chłop, choć teraz pieniądze od tych geologicznych gnoi bierze. Urząd Miasta w centrum, naprzeciwko kościoła. Do widzenia panu.

Castaneda ruszył w drogę oglądając się na dziewczynę, która przez cały czas konwersacji wisiała na krowie bez ruchu.

– No, Polka – powiedział mężczyzna w berecie, – mówiłem ci, że możesz złazić, nie śpij.

Apolonia Wilkot podkasała białe giezło i zeskoczyła z wdziękiem z krowiego grzbietu.

Jej ojciec wziął pod pachę sztalugę, do ręki kasetę z farbami i ruszyli do domu. Na podwórku Wilkotów, korzystając z dobrej pogody, suszyły się oparte o ściany domu obrazy męczonych świętych, a w mieszkaniu woń terpentyny walczyła o dominację z zapachem gotowanej kapusty.

Apolonia pobiegła prosto do swojego pokoju, wyciągnęła zeszyt i wpisała pośpiesznie: „ półprofilem, zamyślona, wąchająca kwiat, włosy – fala na jedno ramię, kolczyki srebrne listki, sukienka długa, jasnoszara, biały szal w błękitne kwiatki”.

Potem otworzyła szafę i wyjęła odpowiedni strój. Przebrała się szybko, wychodząc z pokoju zawołała:

– Tato, idę do Jolki się uczyć!

Wilkot skrzywił się, bo liczył na to, że pomaluje sobie jeszcze przed kolacją, ale Apolonia powtarzała klasę i należało do kwestii szkoły podejść w końcu poważnie. Oczywiście, ojciec nigdy nie może być pewien, że córka idzie do koleżanki, a nie do kolegi, jednak ksiądz Krukos nic nie wiedział, by Polka spotykała się z jakimś chłopakiem, choć na wszelki wypadek radził jak najszybciej wydać ją za mąż, nim się zepsuje. Apolonia nawet słyszeć o tym nie chciała, a Wilkot nie naciskał – w końcu miała dopiero 19 lat i jeszcze szkoły średniej nie skończyła. Co innego, gdyby obściskiwała się z jakimś boyfriendem na skwerku, ale żadna z miejscowych plotkar proboszczowi o tym nie doniosła.

Córka malarza, który był jednocześnie kościelnym (a nawet, jeśli zachodziła paląca potrzeba, organistą) Apolonia Barbara Cecylia Katarzyna Wilkot, nazwana na cześć największych męczennic za wiarę, istotnie nie obściskiwała się z nikim na skwerku. Miała ważniejsze rzeczy na głowie i nie zamierzała marnować życia, urody i talentów dla jakiegoś tutejszego Ryśka czy Waldzia, do śmierci patrzeć co niedziela w kościele na obrazy torturowanych świętych i piekielnych kaźni, które malował jej ojciec i do których w większości przypadków pozowała, pracować w szklarniach u Bykonia przy radioaktywnych pieczarkach, odbębniać u rodzica świąteczne obiadki, chować sforę rozwrzeszczanych dzieci. Sądziła, że będzie musiała poczekać z realizacją planów, aż burmistrz Lisłoń rozkręci sanatoryjny interes, ale proszę, szansa pojawiła się już teraz, w postaci całkiem przystojnego cudzoziemca na rowerze. Przybyszowi mogło się wydawać (i wydawało), że męczennica chrześcijańska leży nieprzytomna na krowie, ale tak naprawdę Apolonia bacznie obserwowała spod długich rzęs i uznała, że choć stary (miał już pewnie trzydziestkę), był jednak całkiem przystojny w latynoski sposób. Obiecujący.

Oczywiście nie poszła do Jolki Łosioł, tylko na skróty pobiegła pod Urząd Miasta, po drodze zrywając z ogródka Eugenii Giezebry peonię, która nieopacznie wychyliła główkę zza płotu.

Castaneda wolno pedałując, przejechał przez most przerzucony nad rzeką, nazywającą się chyba po prostu Rzeka, bo taka właśnie informacja widniała na tabliczce. Na drugiej tabliczce była nazwa miasta: Przyrzecze i nie całkiem zgadzała się z mapą kupioną na lotnisku. W każdym razie nie przypominał sobie by, gdy ostatnio sprawdzał którędy na Mazury, zauważył, że ma mijać jakieś Przyrzecze. Może pomylił drogę? Przystanął i rozłożył papierową płachtę. Nijak jednak nie mógł na niej znaleźć miejsca, w którym właśnie był: nie widział ani Rzeki, ani Przyrzecza. Cóż, mapa to konstrukt, ważna jest rzeczywistość. Oparł się o niezbyt godną zaufania barierkę i wpatrzył w zieloną po horyzont równinę przeciętą szeroką wstęgą lśniącej wody. Naprawdę pięknie. Trochę dziko – jak na Europę Wschodnią przystało. Poczuł zew natury, a może zew krwi, w końcu to kraj przodków, przynajmniej w jednej ósmej. Gdzieniegdzie nad brzegami Rzeki unosiły się opary dodając pejzażowi tajemniczości. Słońce zniżało się ku zachodowi dolewając do wody strugę różu. Ah…

Nie było jednak czasu na kontemplację, dzień mijał, opel czekał, Filiponi na Mazurach wymierali w zastraszającym tempie, Castaneda opuścił most i z głębokim westchnieniem wjechał do miasteczka.

Tu asfalt, aczkolwiek baaardzo niedoskonały do tej pory, skończył się definitywnie. Kocie łby maltretowały siedzenie rowerzysty, więc zsiadł i poszedł piechotą, prowadząc niezadowolonego Bibi za kierownicę. Po drodze przyglądał się domom ozdobionym szlaczkami z potłuczonych lusterek i mizernym ogródkom, w których królowały fioletowe floksy i pomarańczowe aksamitki. Ludzi nie widać – pustka, jakby nikt tu nie mieszkał. Przybysz nie miałby kogo zapytać o drogę, na szczęście jednak miasteczko nie było duże, miało raptem jedną ulicę główną i dwie przyboczne, trudno się zgubić, toteż Castaneda wkrótce zobaczył centrum, które niestety nie robiło wielkiego wrażenia. Choć Przedpiekle, zdaniem proboszcza, mogło poszczycić się co najmniej tysiącletnią historią, wcale nie było zabytkowe. Najstarszym obiektem był tu, zdaje się, dziurawy bruk, nie wymieniany od przedwojnia. Rynek otaczały nie kamieniczki tylko betonowe klocki i rachityczne drzewka przycięte przez ogrodnika sadystę, straszące okaleczonymi kikutami. Wysoki, ceglany mur odgradzał ulicę od pozbawionego cech stylowych kościoła, a we wnęce muru siedziała Ona.

Castaneda zapomniał na chwilę o warsztacie samochodowym, Filiponach i pięknie pejzażu. Nieznajoma wyglądała jak uosobienie tajemnicy, za którą gonił całe życie, jak alegoria sztuki i poezji. Ciemne włosy tworzyły obramowanie dla bladej twarzy o słodyczy renesansowej Madonny. Delikatne usta wygięte były w półuśmiechu, oczy przymknięte. Wąchała kwiat. Różową peonię.

Dopiero po pięciu – a może dziesięciu – minutach, przyszło mu do głowy, że przez cały ten czas dziewczyna siedziała nieporuszona, nie wykonała najmniejszego gestu, nawet nie drgnęła. Ludzie przecież tak nie potrafią. Zaczął podejrzewać, że to nie jest żywy człowiek tylko doskonały manekin, wtedy otworzyła oczy i spojrzała prosto na niego. Zakręciło mu się w głowie. Czarne, magiczne oczy wpiły się w głąb jego duszy i zdaje się, że nie spodobało im się, co tam znalazły.

Onieśmielony, zawstydzony cofnął się kilka kroków, nie patrząc gdzie idzie i trafił w opary, znikając z pola widzenia Apolonii. Skrzywiła się – nie o taki dokładnie efekt jej chodziło, ale szybko pocieszyła się, że z całą pewnością zrobiła na cudzoziemcu duże wrażenie. Wstała, strzepnęła sukienkę i wyrzuciła peonię. Musi lecieć do domu, bo zaraz się ściemni i ojciec będzie wołał, że chce kolację.

W gęstej mgle Castaneda zgubił rower, choć tym akurat specjalnie się nie przejął, bo Bibi, wcześniej czy później, zawsze sam się znajdował. Były jednak większe problemy: świat się rozmył, przybysz stracił orientację, obracał się na wszystkie strony, szedł w prawo, lewo, do przodu, do tyłu i nigdzie, nigdzie nie widział drogi wyjścia. Na dodatek straszliwie śmierdziało siarkowodorem. Odór wręcz dusił. To straszne, że świetnie zapowiadający się młody naukowiec, człowiek o bardzo wysokim IQ, jedyny syn swojej matki, z którym wiązała wielkie nadzieje, straci przytomność i umrze w prowincjonalnej dziurze, w jakimś Przepieklu. Może kiedyś ktoś odnajdzie szkielet antropologa leżący w oparach, zapewne są tu też inne szkielety, szczątki nieszczęśników, którzy wpadli w pułapkę przed nim, całe stosy, coś zachrzęściło pod nogami, na pewno kości – kości, o Jezu! Na szczęście, nim całkiem owładnęła Castanedą panika, podmuch wiatru przerzedził nieco ścianę mgły i uwięzionemu wydało się, że widzi skrawek czerwonego ceglanego muru, rzucił się więc w tamtym kierunku i w końcu udało mu się uciec z oparów. Lecz, niestety, w nieznanym miejscu.

Castaneda nie widział stąd rynku ani kościoła, stał w wąskiej uliczce, którą z jednej strony zasłaniały kłębiące się opary, pozostawało więc iść w drugą. Ciągnęła się wzdłuż muru z czerwonej cegły, na przeciwko przylegał do niej zapuszczony ogród ogrodzony wysoką drucianą siatką.

Być może, a nawet prawdopodobnie, uliczka odchodziła od rynku, lecz żeby się o tym przekonać, należało zawrócić w mgłę, a tego Castaneda za nic nie chciał. Logika mu podpowiadała, że musi to być ten sam mur– cegła bardzo podobna – i jeśli tylko będzie się go trzymał, najprawdopodobniej okrąży kościelne włości i wyjdzie na rynek z drugiej strony. Może nawet szczęście mu dopisze i zobaczy znów dziewczynę, która wciąż siedzi tam, gdzie siedziała, wyglądała bowiem na taką, która nie zmienia zbyt często miejsca. Wtedy Castaneda nie będzie już takim nieśmiałym palantem, tylko zagada do niej, zapyta na przykład o drogę do Urzędu Miasta, a ona, być może, okaże się tak miła, że podprowadzi go kawałek.

Uliczka była się ślepa, kończyła się zbitą ścianą zarośli. Castaneda zdążył puścić nieprzyzwoitą wiązankę we wszystkich językach, jakie znał (po angielsku, hiszpańsku, rosyjsku, polsku i w jidysz), nim zauważył, że mur ciągnie się dalej, a tuż przy murze biegnie wąska – bardzo wąska – ścieżka. Gdyby teraz zawrócił, znów trafiłby w opary, już lepiej podążać przed siebie w nadziei, że wyjdzie w jakieś cywilizowane miejsce, a nie z powrotem w mgłę.

Zaczął więc przedzierać się przez zarośla, gałęzie chlastały go po twarzy, pokrzywy po łydkach, jakieś kolczaste świństwo szarpało za rękaw.

ostatnia aktualizacja: 23 października 2015, katarzyna


2 odpowiedzi na Angelique Pyton, Księga bluźnierców

  1. Polskość w krzywym zwierciadle – zabawnie i daje do myślenia. Polecam wszystkim z poczuciem humoru 🙂

  2. Świetne to jest 😀 Czekam na ciąg dalszy!!!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.


*