Joanna Dobkowska, Wygraj lepsze wcielenie

Co się z nami stanie po śmierci? Wizja zaświatów w powieści Joanny Dobkowskiej jest sugestywna do bólu, a jednocześnie bardzo zabawna. Trafiamy do miejsca, gdzie kwitnie korupcja, dusze stoją w kolejce do pośredniaka po zasiłek podtrzymujący nieśmiertelność, w przeciwnym przypadku rozwieją się w kosmosie, a jedyną nadzieją na odmianę losu jest oszukańcza loteria „Wygraj lepsze wcielenie”. Zdesperowani i zniechęceni do życia po życiu mogą jeszcze pójść do miejskiego parku Nirwana – każdy, kto tam trafi, zniknie definitywnie. W ukryciu toczy się zażarta walka o władzę i pieniądze, a także przygotowania do zamachu stanu. W tym czasie główny bohater usiłuje „zza grobu” skontaktować się z synem, w sprawie zmiany swojego testamentu.
Książka ukazała się nakładem Oficyny Wydawniczej Volumen.

Zobacz też:
Recenzja książki w serwisie Goodstory.pl
Recenzja „Wygraj lepsze wcielenie”
„Wygraj lepsze wcielenie” w serwisie Biblionetka
„Wygraj lepsze wcielenie” w serwisie Mowimyjak.pl

Joanna Dobkowska
WYGRAJ LEPSZE WCIELENIE
(fragment)

Rozdział 6. KOCIA STREFA

Na pozór Michael Lee został wciągnięty w pole magnetyczne Medium przez konkretny interes, jaki wydawało mu się, że do niej ma. Bladzi i doświadczeni zgodnie twierdzili, że coś takiego załatwić może wyłącznie Ona, najlepsza w Mieście specjalistka od kontaktów z tamtym światem.

Jakiś czas się wahał. Nikt nie chciał objaśnić mu dokładnie, na czym polega ryzyko spotkań ze starszą panią, ale jakoś wszyscy, których pytał o radę, byli o tym przekonani. Z drugiej jednak strony mówili, że nie ma sprawy, której Ona nie potrafiłaby załatwić, „więc jeżeli ma pan rzeczywiście jakiś poważny zgryz, to trudno o lepszy adres”. Tak zachęcony wybrał się do Medium, ponieważ w imię sprawiedliwości i prawdy chciał zza grobu wyrównać rachunki z Moodem. Aż po samo dno duszy wzburzała go świadomość faktu, że podczas gdy on tu wegetuje za nędzne parę srebrników, aż kiedyś spóźni się do kolejki i rozpłynie, wielebny za jego ciężko zarobione pieniądze hasa po tamtym świecie. Cieszy się, cwany guru, że łatwowierny, naiwny facet zapisał mu kilkaset tysięcy baksów w testamencie. Może jeszcze się z niego śmieje! O, na pewno się z niego śmieje! Niedoczekanie twoje, fałszywy proroku! Jeszcze się pośmiejesz! Zapłaczesz baranim głosem!

Mike przeżywał te myśli jak stan przedzawałowy, nie mógł się ich pozbyć, chodziły za nim krok w krok, męczyły, jątrzyły i gryzły całe dnioce. Jak mógł tak się dać nabrać? On, prezes spółki notowanej na giełdzie, który zawsze znał się na ludziach i na pierwszy rzut oka potrafił ocenić, czy nadają się do roboty. Jedyną zaletą oszusta okazała się bujna wyobraźnia, gdyż tutaj, czyli na tamtym świecie, to znaczy po drugiej stronie, jak zwał, tak zwał, wszystko wygląda zupełnie inaczej. W tej sytuacji Mike zdecydował się na nawiązanie kontaktu z zaświatami.

Wchodząc na wskazane podwórko, od razu zauważył w oknach piwnicy kocie czujki. W samym sercu własnego terytorium nie próbowały się nawet ukrywać, podobnie jak wyjątkowo wielki, tłusty okaz, który rezydował leniwie na dachu śmietnika i walił pręgowanym ogonem w blachę, aż dudniło. To chyba oznaka złego humoru? Mimo tego Mike szedł rezolutnie do celu. Już za późno na odwrót.

– Miau? – pasiasty mutant zastąpił mu drogę i wyraźnie domagał się odpowiedzi.

– Do pani Medium, w interesie – Mike miał nadzieję, że to właściwe hasło.

– Miau.

A cóż to ma znaczyć? Chyba „proszę wejść”, bo kot go przepuścił, chociaż nadal szedł tuż tuż, depcząc mu po piętach i łaskocząc wąsami w łydki.

Drzwi były otwarte, Medium czekała.

 

 

Pierwsze wrażenie, jakie Michael Lee odniósł w jaskini smoka, można by ująć tak: miła, nieszkodliwa staruszka, wszyscy przesadzają. Gdyby tylko nie te zogromniałe koty… Jak to możliwe, że w mieszkaniu było ich jeszcze więcej niż na podwórku?

Medium przyglądała mu się – mógłby przysiąc – z sympatią, ale po chwili znowu miał wątpliwości. Jej twarz nie zdradzała wieku poza bardzo ogólną sugestią zaawansowanej starości. Rysy rozmywały się Michaelowi w oczach, chociaż mocno wytężał wzrok, jakby chciały mu przez to powiedzieć, że nieładnie się tak gapić. Suknia gospodyni była zszarzała i połatana, a do tego wydzielała z siebie kurz dosłownie przy każdym ruchu.

– Typowe stare skąpiradło – uznał Mike – śpi na pieniądzach, ale za żadne skarby nie zainwestuje w siebie. Umarłaby od tego.

Mieszkanie stanowiło skład rupieci, zbieranych z iście wiktoriańskim zamiłowaniem do drobiazgów. Podczas gdy rozglądał się ciekawie, gospodyni, siedząc w bujanym fotelu, bez chwili przerwy robiła na drutach. Przypominające pajęczyny serwetki, przykrywały w salonie wszystko, co tylko jako mniej więcej poziome, dało się przykryć. W kątach, pod stolikami oraz na reszcie podłogi stały paki, kartony i pudła, stare reklamówki wypełnione niewiadomą zawartością i trzeba było nieźle lawirować, żeby dotrzeć do wskazanego przez Medium końcem druta krzesełka petentów (przykrytego serwetką, oczywiście).

Siedząc w gabinecie, czyli w bawialni, jak nazwała to Medium (czy to znaczy, że ona mnie zabawia, czy też ja ją – zastanawiał się Mike), nadal przyglądał się podejrzliwie szarym kotom. Zdecydowanie za duże jak na zwykłe koty. To pewnie tylko dlatego, że staruszka bardzo dobrze je karmi. Wszystkie stare wariatki kochają koty, najlepiej bezdomne i śmierdzące – a ta tutaj jest trochę dziwna i jej koty… no cóż, też są trochę dziwne.

– Jakie śliczne kotki – powiedział głośno. – Kici, kici.

Chciał być uprzejmy, ale pręgowany mutant tylko prychnął.

– Lubi pan koty? – Medium ukłuła go spojrzeniem.

– Dosyć – odpowiedział ostrożnie. – Zależy.

Pewnie zaraz się okaże, że są do oddania jakieś słodkie, szare maleństwa.

– Człowiek, który lubi koty, nie może być tak całkiem do niczego – oświadczyła wojowniczym tonem staruszka. Mike niezupełnie się z nią w tej kwestii zgadzał, sympatię do kotów uważając za przejaw zniewieściałości – psy to co innego – ale nie chciał zaogniać sytuacji. Zaczął się zastanawiać, co można by tu teraz dyplomatycznie odpowiedzieć. Okazało się, że nic, bo po chwili sama dodała:

– Porada kosztuje, wie pan o tym, oczywiście.

Mike wysupłał z kieszeni ostatnie dwa srebrniki (jutro znów do kolejki!). Spojrzał na nie z uczuciem. W odpowiedzi zalśniły na jego wyciągniętej dłoni nikłym, pożegnalnym blaskiem. Medium nieznacznym ruchem głowy wskazała na jeden z piętnastu rozstawionych po kątach stolików i Mike z wielkim żalem położył tam pieniądze. Tak smutno – opuszczone, samotne, bezradne – wyglądały na blacie przykrytym zakurzoną szydełkową serwetką.

Następnie wyłuszczył, w czym rzecz.

– Testament… To taki kawałek papieru z podpisem. Nie widzę problemu. – oświadczyła z przekonaniem pani Medium. – Oczywiście, o ile pana stać.

– A czy dużo ta… ta usługa kosztuje?

– Owszem – kiwnęła głową staruszka. – Przecież transakcja musi się opłacać.

– To prawda – przyznał Mike. – Zapłacę, każdą, no… rozsądną cenę, gdyż jest to dla mnie niezwykle ważna sprawa, która nie pozwala mi spoczywać w spokoju. Ale czy na pewno pani koty…?

– Koty – odpowiedziała – wezmą wszystko, co im każę: pieniądze, biżuterię, monopol. Oczywiście pewnym ograniczeniem pozostaje rozmiar. Trudno byłoby ściągnąć tu samochód, chyba że w częściach.

Mike nie mógł jednak pozbyć się wątpliwości. Medium wysłuchała go cierpliwie, powtórzyła, że wszystko da się zrobić i pozostaje tylko uzgodnić cenę. Następnie ją uzgodniła. Spokojnym głosem wymieniła sumę horrendalną.

– Aż tyle?!! – wykrzyknął Mike przestraszony. – Skąd ja wezmę…?

– Oczywiście z Pośredniaka – odparła niewzruszona. – Trochę się pan wystoi. Ale bez pośpiechu. Będzie pan moją długofalową inwestycją. Mamy na to całą wieczność.

Skoro spłatę długu można rozłożyć na całą wieczność, Mike od razu przestał mieć cokolwiek przeciw kredytom.

Wrócił do siebie i czekał w napięciu. Medium posłała po niego już następnej dniocy. Niestety zaszły pewne komplikacje, testament mianowicie nie znajdował się we wskazanym miejscu, lecz – wyjęty ze skrytki – został podany do wiadomości wszystkich zainteresowanych.

– Wie pan, te strefy czasowe – wyjaśniła Medium niedbale. – Wydaje nam się, że minęła może chwilka, a tu już wnuczek ma brodę. To przenośnia oczywiście, nie mam wnucząt. To co robimy? Robimy coś?

Po namyśle Mike uznał, że pozostaje jedynie zwrócić się wprost do Juniora, aby ten, jako najbliższy krewny zmarłego, oprotestował testament. Medium powiedziała, że to się da zrobić i wypada tylko uzgodnić cenę. Następnie znowu ją uzgodniła, a Mike zrobił wielkie oczy.

– Może pan oczywiście iść gdzie indziej – oświadczyła – ale chyba powinnam uprzedzić, że konkurencji nie posiadam.

– Ale tyle pieniędzy, skąd ja wezmę…

– Będzie pan musiał nie lenić się i co dnioc stać w kolejce – Medium nie miała wątpliwości. – Następnie dwie trzecie sumy przeznaczać na spłatę, a resztę na racjonalne opalanie, aby przypadkiem nie wyparować mi przed czasem. Żadnych przyjemności, żadnego hazardu. I tak dalej, w ratach, prawie całą wieczność. Ufam, że będzie pan uczciwym klientem i podporą mojej starości.

Gdy uzgodnili sprawę ostatecznie, Medium wstała, a kurz buchnął na wszystkie strony. Odsunęła jedno pudło, drugie i trzecie. Następne, nieco ciężkie, ze złością kopnęła nogą i od razu wyleciały z niego jakieś serpentyny. Mike nie mógł patrzeć, jak się staruszka męczy, chociaż teoretycznie za to płacił.

– Pani pozwoli, ja to zrobię.

Po pół godzinie nie przypominał już sobie, kiedy ostatnio zdołał tak się namachać.

W końcu odsunęli wszystkie graty, jeszcze jedno krzesło, szafę i dwa stoliki, a w nagrodę ukazały się odrapane drzwi ze staroświecką klamką przykrytą brudną serwetką. Medium pogrzebała jeszcze chwilę w kieszeniach w poszukiwaniu klucza, znalazła, otwarła, zachęciła Michaela gestem. Znalazł się w niewielkiej, ale zadziwiająco schludnej i dość nowocześnie urządzonej reżyserce.

 

 

Pierwsza sesja z mikrofonem poszła dobrze. Tak przynajmniej uważał Mike. Dał sobie radę ze sprzętem i jasno powiedział synowi, o co chodzi. Popatrzył na panią Medium, szukając u niej potwierdzenia, ale ta, jak na złość, przybrała minę sfinksa. Tknięty wątpliwościami, zdecydował się zapytać:

– I co pani o tym sądzi? Udało się, prawda?

Medium w odpowiedzi zaprosiła go na kawę z kociego przemytu i zaproponowała, że wyjątkowo, w ramach promocji (bo klient prezentuje taką miłą osobowość i chyba lubi koty) może gratis obejrzeć rezultat seansu w profesjonalnej szklanej kuli. Usiedli nad filiżankami parującej kawy i czekali świtu. O 7 rano czasu tamtejszego Medium włączyła ekran.

Kuchnia rodziny Lee zimowego poranka wydawała się raczej ciemna i niegościnna. Gladys Lee ubrana w różowy dresik, z włosami zakręconymi na lokówki, ziewając rozdzierająco, szykowała pierwszą kawę.

– Strasznie wyglądasz – powiedziała do męża. – Źle spałeś?

– Śnił mi się tata – wyjaśnił zmęczonym głosem Lee junior, byle jak smarując grzanki dżemem. – Mówił, żeby zrobić z niego wariata i nie dać wielebnemu ani grosza. Zeznać w sądzie, że nie był przy zdrowych zmysłach. Niby jak on to sobie wyobraża? Mam wyjść na skurwiela, który szkaluje własnego ojca?

– Skoro sam tego chce… – odparła ostrożnie żona, stawiając przed nim kubek. – W końcu trzysta tysięcy…

– Coś ty? Jak to „chce”? W duchy wierzysz?

– No nie, ale…

– To był tylko sen, Gladys. Tylko sen.

Na Gladys można polegać, Mike odetchnął z ulgą i nawet wstyd mu się zrobiło, że za życia nie doceniał w pełni zalet synowej. Niestety dalszy ciąg podglądu jasno wykazał, że junior, według Michaela zazwyczaj nieprzeciętny pantoflarz, w tej akurat kwestii ani myśli ustąpić, nawet dla dobra dzieci, podwyższenia poziomu edukacji i zwiększenia szans życiowych. Gladys była podłamana, a Mike też. Musiał zapłacić pani Medium raty za drugi seans, następnie za trzeci, czwarty, kolejny i jeszcze następny… Dług rósł w zastraszającym tempie, a ogorzałość niebezpiecznie bladła, zaczął nawet obawiać się, że nie zdoła doprowadzić sprawy do końca. Na szczęście Medium zauważyła to w porę:

– Oj, oj, coś cieniutko mi pan wygląda! Trzeba dbać o siebie, żeby nie wyparować przed czasem. Taki pan teraz przezroczysty, to naprawdę brzydko tak ubywać, co za brak odpowiedzialności. Jest mi pan jeszcze potrzebny, proszę szybko iść do łazienki i posmarować się moim kremem, stoi na półce pod lustrem, nie ma strachu, to tylko samoopalacz. Nieszkodliwy, wielu by duszę oddało, żeby wiedzieć, skąd go mam. Ja właściwie nie potrzebuję, ale pan niech się porządnie maźnie.

Michael posłusznie przecisnął się między stolikami; z kremem czy bez kremu czuł się już wykończony. Z ciekawością rozejrzał się po pomieszczeniu: całe ściany, sufit i podłoga wykładane były lusterkami. Lusterka odbijały się w lusterkach, te z kolei znowu w lusterkach, i tak dalej, a wraz z nimi odbijało się zamazane odbicie Michaela Lee, tyle razy, że aż poczuł się bardzo bliski nieskończoności. Pośrodku pomieszczenia królowała stara emaliowana wanna ze staroświecką baterią, na półkach stały dziesiątki przysypanych kurzem pudełeczek, puzderek i flakoników.

– No pięknie, o który krem chodziło starej? – zdążył pomyśleć i natychmiast głos Medium ze słuchawki od prysznica poinformował go, że ma być ten a ten, z taką pokrywką, w takim słoiczku, pomyłka wykluczona.

– Więc lepiej niech się pan nie pomyli, szybko smaruje i natychmiast tu wraca, bo nie będę całej dniocy przez pana zarywać – dokończyło sitko kategorycznym tonem, a Mike wzdrygnął się, czym prędzej chwycił słoiczek, maznął się na oślep jego zawartością raz, maznął drugi i już chciał wracać, ale własne odbicie w lustrze przykuło jego uwagę. Istotnie, zrobił się jakby bardziej… namacalny?

Punktualnie o 24 tamtejszego czasu Medium wpuściła go do reżyserki. Założyła na uszy wielkie słuchawki i chwilę czujnie się dostrajała. Mike niespokojnie wiercił się przy mikrofonie.

– Już – szepnęła pani Medium. – Położył się. START!

Mike wziął mikrofon do drżącej z napięcia ręki i rozpoczął:

– Junior, jesteś tam? Jesteś? Jak jesteś, to słuchaj! Tu tata. Tu tata! Musisz podważyć mój testament. Słyszysz? Musisz! Zrób to, a zapomnę, jak mi w osiemdziesiątym szóstym rozwaliłeś samochód. Bądź dobrym synkiem. Zrób to w końcu, zanim będzie za późno!

– Miau – dodał kot, który wlazł do reżyserki nie wiadomo kiedy i którędy.

– Miau? – ocknął się Junior. – Dlaczego „miau”?

Co by to mogło oznaczać? Jakiś symbol, jakaś parabola? Psychoanalityk będzie miał zagadkę, Junior na jego kozetce zaczął już rozpracowywać bezwzględną, chciwą podświadomość. Terapia słono kosztuje, ale to bardzo dobrze się składa, gdyż ten fakt dodatkowo musi dokuczać chciwej podświadomości, może nawet ją osłabia… W każdy wtorek, z poczuciem właściwie wydanych pieniędzy, Junior zwierzał się słuchającemu z zawodowym współczuciem, najlepszemu specjaliście:

– Panie doktorze, co noc śni mi się tato i każe podważać własny testament pod pretekstem, że był niepoczytalny. Czy to normalne? Krzyczy, żeby nie dać szarlatanowi złamanego grosza, puścić z torbami, zniszczyć! Czy ja jestem zdrowy psychicznie, jak śnią mi się takie rzeczy? Zrobić wariata z ojca? A w dodatku Gladys uważa, że te sny to na pewno przekaz z tamtego świata, i że powinienem zrobić co każe ojciec, zawsze przecież robiłem, tym bardziej, że to trzysta tysięcy baksów, a Jack i Jake niedługo skończą podstawówkę. Duchy tak nie mówią, nie w tym duchu, prawda? Co ja mam zrobić i czy to normalne?

Na szczęście doktor dysponował bardzo szeroką i elastyczną definicją normalności: stawkę za godzinę miał wystarczająco dużą, żeby sobie na to pozwolić. Uczciwie starał się zgłębić problem pacjenta i pytał Juniora o trudne dzieciństwo. Pacjent niestety nie ułatwiał diagnozy:

– Nie, nie, panie doktorze. Tatuś za życia nie był ciężki. Dopiero po śmierci daje w kość. Och, co ja mówię! To znaczy, chcę powiedzieć, że on był i jest w porządku, to ja… Nigdy w życiu nie szkalowałbym pamięci własnego drogiego ojca!

– Ci cholerni Azjaci i ten ich konfucjański kult przodków – zirytował się w duchu psychoanalityk, ale zaraz stłumił w sobie tę myśl oraz podobne jako nieprofesjonalne. Jasna sprawa dla fachowca: potężny kompleks edypalny. Rolą terapeuty jest jednak tylko wsparcie, pacjent do rozwiązania zagadki własnej jaźni musi dotrzeć sam. Ten akurat pacjent miał z tym co prawda spory kłopot, ale doktor widywał już trudniejsze, bardziej oryginalne przypadki i nikomu nie odbierał nadziei. Umawiali się tak już drugi tydzień, a złe sny nadal męczyły Juniora co noc, więc gdy rano półprzytomny z niewyspania i zmęczony walką szlachetnych instynktów z podłą podświadomością wchodził do kuchni, obijając się o ściany i sprzęty, Gladys wystarczało tylko jedno słowo wyjaśnienia: „Tatuś”.

– Temu śmierdzącemu oszustowi ani grosza! Ani grosza, słyszysz?! Dlaczego się tak uparłeś? Płacę jak za zboże za każdą minutę połączenia z tobą, a ty nic nie robisz. Powiedz wszystkim, że on kłamie, że tutaj jest zupełnie inaczej niż mówił, powiedz im, on łże jak pies, oszukuje…

– Jezu – po dwunastym seansie Junior zwlekał się z łóżka z jękiem i rozpaczliwie tarł podkrążone oczy. – Jezu. Ta podświadomość mnie wykończy.

– Tu tata. Halo, Junior, słyszysz mnie? Tu tata. Puść go z torbami. Puść go z torbami, Junior. To oszust. Zawołaj federalkę, tylko nie ufaj im do końca. Słuchaj się mnie w końcu, głupi gówniarzu!

– No dobrze, – Medium rozłączyła słuchawki. – Wystarczy na dzisiaj, bo jeszcze trafi pana apopleksja, a w tym stanie i w dodatku w tym miejscu może być nieprzewidywalna. Tak, tak, wszystko rozumiem, te dzieci…, człowiek żyły sobie wypruwał… Wszystko rozumiem, ale dość na dzisiaj.

Wypchnęła go łagodnie, lecz stanowczo.

– Proszę przyjść jutro o tej samej porze.

 

 

– Nie będę świnią, nie będę …, nie będę… o nie… – mamrotał Junior nad stygnącym śniadaniem. Trzy tygodnie bohaterskiego oporu doprowadziły go na skraj fizycznej i psychicznej wytrzymałości, a nie zanosiło się na rychły koniec.

Szedł ulicą, kroki same układały się w takt: nie będę świnią, nie będę świnią, nie będę… Zatrzymywał się na światłach i jeszcze bardziej utwierdzał w decyzji. Przełom nastąpił dopiero przed wystawą sklepu ogrodniczego. Tam Junior nagle stanął, zapatrzył się w grabie i zamyślił. Następnie odetchnął głęboko i wypowiedział głośno odkrywczą myśl: „Albo ja, albo on”. Od tej chwili wszystko stało się prostsze. Nie ma innego wyjścia, jeżeli nie chce zwariować do reszty (i zbankrutować przy okazji). Morderstwo wielebnego, wyglądające na nieszczęśliwy wypadek, ewentualnie na samobójstwo (wariant awaryjny), albo na wszystko jedno co, niech ludzie widzą i słyszą, byleby ten koszmar wreszcie się skończył i tata (superego, podświadomość, rozszczepienie osobowości czy cokolwiek, co tam jest i rozrabia) się odczepił.

– To straszne – jęknął Mike Lee, wszystko to widząc i słysząc na żywo w szklanej kuli. Jako stały, wierny klient Medium podgląd miał już za darmo. – Co ja narobiłem! Aresztują go, zmarnuje sobie życie, złamie karierę, ściągnie hańbę na nazwisko, wszystko zepsuje! Co robić, co robić?!… Moja wina! Wszystko przeze mnie! Niech nas pani ratuje!

Za tak dużą, pełnowymiarową usługę Michael Lee podpisałby nawet cyrograf – i zrobił to w swoim czasie. Początki jednak były mało obiecujące:

– Drogi Michaelu, jesteś już bankrutem, jak chcesz mi zapłacić?

– W obecnej sytuacji, mając do wyboru… – rozpoczął niepewnie negocjacje.

– Nie masz już nic do wyboru – Medium roześmiała się skrzekliwie, a może to tylko skrzypnął bujany fotel. – Chyba, że ci w tym pomogę. Pytam raz jeszcze: co mi za to dasz?

– Zasiłek? Ale i tak jestem już tyle winien…

– Twój zasiłek jest mój na wieki wieków. Ale masz jeszcze duszę. Prawda, Michaelu, że jeszcze masz?

– Duszę?! – Przerażony przycisnął gwałtownie obie ręce do piersi. – Duszę!

Medium patrzyła na niego wzrokiem bazyliszka.

– Głupi panikarz – mruknęła. – No dobrze. Na razie zapomnijmy o tym.

 

 

– To nie będzie takie łatwe – zamruczała do siebie Medium, a Mike poczuł skurcz w żołądku, którego już przecież nie posiadał.

– Och, naprawdę koronkowa robota – mamrotała dalej starucha, sprawdzając po raz kolejny kabelki, złącza, łącza i przyłącza. – Precyzja, oto co się naprawdę liczy… Wydaje im się, że wszystkie rozumy zjedli, a jak trwoga, to do starej Medium. Proszę, stara Medium jeszcze się przydaje… Prawdę mówiąc, jest niezastąpiona…

– Och – wykrzyknęła z oburzeniem, gdy pociągnęła mocniej i w ręku została jej sama wtyczka. – I na takim sprzęcie muszę pracować! Skandal! Ale spokojnie… to się naprawi…

Michael stał obok bezradny i zdenerwowany. Bał się odezwać, bo i tak dano mu do zrozumienia, że tylko zawadza. Miał wrażenie, że na próbę morderstwa czekają w pełnej gotowości już całe wieki. Co pewien czas pytał nieśmiało: „Czy już?”, „Czy niedługo?”, ale Medium albo ignorowała go wyniośle, zajęta tajemniczymi przygotowaniami, albo opędzała się jak od uprzykrzonej muchy. Mike zrozumiał tylko, że muszą czekać, bo wszystko ma swój czas, a czas ten powtarza się co pewien czas, trzeba tylko dobrze trafić – „precyzja, oto co się naprawdę liczy”. Szaleństwo Juniora dopełni się we właściwej chwili: kiedy coś nieziemskiego wisi w powietrzu i brutalnie wiąże ze sobą różne wątki z różnych historii, z jak najgorszym skutkiem. To diabelska godzina – a może tylko minuta gwałtu, w czasie której szczególnie wiele się dzieje na tym najlepszym ze światów: akurat wtedy ktoś odchodzi i trzaska drzwiami, ktoś zabija, chociaż wcale tego nie chciał, wlewa w siebie pierwszy kieliszek po odwyku, wpada pod pociąg na niestrzeżonym przejeździe. Ktoś podejmuje życiową decyzję, której odsetki będzie spłacał całe życie, wymierza cios, podpisuje weksel. Wybucha wulkan, pęka wał przeciwpowodziowy, kropla przelewa kielich, a wielki autokar spada z nasypu i błyskawicznie staje w płomieniach. W reżyserce Medium zapala się nagle ściana tysięcy monitorów. Starsza pani gorączkowo stara się odnaleźć właściwy.

– To nie to – mruczy – to jakiś kidnaping, to też nie to…

– Szybciej, szybciej – pogania Michaela – niech go pan szybko znajdzie!

W końcu Mike rozpoznaje twarz syna, zniekształconą w ciasnym kadrze. Junior zdecydowanym krokiem zmierza na meeting, rewolwer wyraźnie odznacza się w kieszeni jego jasnych letnich spodni. Michaela ogarnia przerażenie: zimny pot ścieka mu z czoła na nos, ręce drżą gdy wyciąga je w stronę ekranu, mamrocząc jednocześnie błagalne: „Synku”. Nie może go powstrzymać. Już widać tłum rozmodlonych wyznawców, już można rozpoznać sylwetkę przemawiającego w boskim natchnieniu guru (och, on zawsze miał gadane), już Junior wyjmuje rewolwer, pani Medium biega teraz jak oszalała, przełącza kabelki, podłącza nowe, spina obrazy. Pełnym pędem nadjeżdża zdezelowany samochód, w którym para pechowych złodziei, kłócąc się, w którą stronę teraz skręcić, straciła panowanie nad kierownicą. Młody Lee odskakuje dosłownie w ostatniej chwili. Kula dla szarlatana trafia wprost w oponę i po kilku efektownych obrotach auto z wielkim hukiem wpada na drzewo. Hałas odwraca uwagę zgromadzonych, ale na krótko, bowiem wielebny czyni coś wyjątkowo widowiskowego: chcąc zobaczyć, co się stało, rusza zdecydowanie do przodu, potyka o plączącego się pod nogami kota (skąd tu nagle jakieś koty?) tak pechowo, że zatacza się na barierkę oddzielającą punkt widokowy od grzmiących strug wodospadu. Barierka nieszczęśliwym trafem ustępuje i oto na oczach publiki wydarza się coś, o czym będzie się mówić przez całe lata. Wielebny Mood szybuje z wrzaskiem („ja latam, ja latam, ja lecę, nie!!!!”) w dół i trafia (pewnie) do piekła. Dziwnym zbiegiem okoliczności nikt ani wcześniej, ani potem nie zwraca uwagi na młodego mężczyznę, który zbiera się potłuczony z asfaltu, oszołomiony przeciera oczy i czuje jak obudzony z dziwnego, hiperrealistycznego snu. Rewolwer leży obok niepotrzebny, chowa go szybko, żeby nikt nie zauważył. Lepiej się wycofać, tym bardziej, że w oddali słychać policyjne syreny. Już po wszystkim. Trwało może z minutę, może pół. Mike Lee ze łzami w oczach obraca się do pani Medium.

– Jestem pani winien pozgonną wdzięczność.

– Tak – potwierdza staruszka. – Proszę się nie martwić, nie zapomnę o tym.

 

Książka do kupienia http://owvolumen.pl/sklep-2/literatura-piekna/joanna-dobkowska-wygraj-lepsze-wcielenie/

Chcesz czytać dalej? Zostaw swój e-mail:

Imię i nazwisko

Adres e-mail

Zgoda na wysłanie całości zawsze zależy od autora.

ostatnia aktualizacja: 2 października 2016, katarzyna


6 odpowiedzi na Joanna Dobkowska, Wygraj lepsze wcielenie

  1. Czytałam i polecam 🙂 Autorka wymyśliła niesamowity, pełen szczegółów, przerażająco- śmieszny świat, w którym rozgrywa się trzymająca w napięciu akcja.

  2. Czytałam, czytałam 🙂 szary park unicestwienia to jest coś, co się może przypominać przed zaśnięciem. I skłaniać do zapalenia światła.

  3. Książka inna niż większość, jakie czytałam. Krzywe zwierciadło rzeczywistości w mocno komediowym wydaniu

  4. Czytałam. I naprawdę dobrze się bawiłam, ale czasami dreszcz przebiegał po krzyżu. Książka jest śmieszna, ale trochę przeraża

  5. „Wygraj lepsze wcielenie” Joanny Dobkowskiej wstawiłabym na półkę obok „Czerwonej trawy” Borisa Viana.

  6. Czytałem i polecam 🙂 Śmieszno-straszny świat, a w wielu miejscach widać duże poczucie humoru autorki. Zdecydowanie na plus!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.


*