Bohdan Głębocki, Ślepe ryby

Dalszy ciąg kryminału ezoterycznego „Musza Góra” dziejącego się w przedwojennym Poznaniu. Miasto jest areną walki wywiadów (polskiego, niemieckiego, rosyjskiego i syjonistycznego) oraz groźnych magicznych eksperymentów na ludziach.  Czym się to wszystko skończy? Kto wygra? Kto zginie? Zainteresowani muszą jeszcze trochę poczekać na rozstrzygnięcie intrygi  (książka wyjdzie w przyszłym roku), ale obszerny fragment publikowany poniżej uchyla nieco rąbka tajemnicy.

[…]

Kiedy rozległo się pukanie, Pawlicki oderwał wzrok od historii choroby i spojrzał w stronę drzwi. W wirze obowiązków szukał zapomnienia po zdradzie najbliższych sercu osób. Gówno prawda: blisko dwudziestu lat wspólnego życia nie można tak po prostu wyrzucić z pamięci.

– Proszę.

Do środka weszła Barbara. Mimo podkrążonych oczu i włosów w nieładzie wyglądała prześlicznie. Dopiero ostatnio dostrzegł jak piękną kobietą się stała. Jego ponurą twarz rozjaśnił uśmiech.

– Chciał się pan ze mną widzieć doktorze.

– Owszem, owszem… Basiu usiądź proszę. Musimy poważnie porozmawiać.

Działdowska nieśmiało przycupnęła na taborecie przy biurku. Nie miała ochoty na poważne rozmowy. Zmarszczyła czoło. Spotkanie w mieszkaniu Kaczmarka było ciężkim przeżyciem także dla niej. Teraz obydwoje bali się rozpocząć. Wiedzieli, że słowa które padną nie będą przyjemne. Doktor westchnął.

– Moja droga. I ciebie, i mnie ostatnio spotkały gorzkie rozczarowania. Z żoną doszedłem do porozumienia, w szczerej rozmowie wyjaśniła mi wszystko, a ja jej wybaczyłem. Z panem Kaczmarkiem zakończyłem znajomość dziś przed południem. Pozostaje jeszcze sprawa opieki tego osobnika nad tobą.

Wypowiadając nazwisko detektywa skrzywił się jak po zjedzeniu miodu z czosnkiem. Wziął głęboki oddech, wyraźnie czekając na zachętę ze strony dziewczyny. Nie doczekał się. Basieńka zajęta była liczeniem rys na ścianie.

– Panno Barbaro, chciałbym bardzo prosić, o zerwanie wszelkich kontaktów z tym osobnikiem. Ktoś kogo miałem za przyjaciela, okazał się fałszywą kreaturą. Zresztą nie wiem czy doszło już do panny, że Kaczmarek został zatrzymany przez policję. Przez znajomych dowiedziałem się, że ciąży na nim zarzut morderstwa!

Podniesiony głos Pawlickiego nie wywarł na niej wrażenia. W gabinecie obecna była tylko ciałem. Bardziej interesowały ją krzyki na ulicy. Ktoś się zawzięcie z kimś kłócił. O wylewanie smrodliwych płynów do kanalizacji. Boże, cóż ją obchodzą jakieś zatargi sąsiedzkie. W końcu dotarła do niej wiadomość o zatrzymaniu Kaczmarka.

– Co? Antek aresztowany?

Doktor pokiwał głową. Takie wiadomości mógłby przekazywać na okrągło. Nie spodobało mu się tylko, że Basia mówi o Kaczmarku per „ty”.

– Tak, nie ma żadnych wątpliwości. Ten człowiek ma na pannę zgubny wpływ, wciąga w kryminalne awantury. Uważam, że powinna panna zerwać z tym indywiduum wszelkie kontakty. Wiem, że znajduje się panna w trudnej sytuacji rodzinnej. Ze swojej strony pragnę zapewnić, że przejmę na siebie wszelkie koszta związane z edukacją…

Gadał jak najęty. Krasomówcze popisy nie robiły na niej wrażenia. Słysząc o opłacaniu przez Kaczmarka nauki uniosła ze zdziwienia brwi, po czym gwałtownie wstała. Musiała mocno przytrzymać się blatu żeby nie upaść. Jej reakcja zdumiała Pawlickiego.

– Panna nic nie wie? Myślałem, że Kaczmarek nie omieszkał się pochwalić. Pośrednio finansował czesne. Już wyjaśniam. Panny praca w tej przychodni oraz w szpitalu jest w zasadzie wolontariatem. Przejmę wypłacanie twojego stypendium. Proszę o nic się nie martwić.

Nie wspomniał, że żona nie wie o tych planach, bo uznał uzyskanie jej zgody za formalność. Wyczuł, że rzeczowe argumenty nie trafiają do młodej panny. Musiał odwołać się do uczuć. Złapał ją za rękę.

– Basieńko, Kaczmarek jest złym człowiekiem, on…

Jej twarz nagle wykrzywił grymas przerażenia. Zetknięcie dłoni wywołało lawinę obrazów, których nie miała ochoty oglądać. Zobaczyła kulisy porozumienia małżonków. Zobaczyła jak doktor krzyczy na żonę, jak ją bije, jak jej zadaje ból fizyczny z zapamiętaniem najokrutniejszego kata, jak w końcu… Wyrwała rękę, żeby nie oglądać co jeszcze szacowny doktor zrobił niewiernej żonie w zaciszu domowych pieleszy.

– Czy coś jeszcze pan chce mi powiedzieć? Muszę wracać do swoich obowiązków.

Nie czekając na odpowiedź, potykając się o własne nogi, uciekła z gabinetu. Pawlicki zacisnął pięści. Nigdy nie był dobrym dyplomatą.

***

Wojtaszek przeprowadził stołeczną grupę przez plątaninę korytarzy i schodów. Dostrzegł podziw w oczach panny Czyżewskiej. Zadziwiające jak niewiele znaczące spojrzenie połechtało jego próżność. Może jednak nie taki z niej maszkaron jak mu się zdawało. Kiedy stanęli przed niepozornymi drzwiami, zza których dochodziły przeraźliwe odgłosy kucia w ścianie, niespodziewanie zatarasował wejście pozostałym.

– Panie pułkowniku, jestem zmuszony poinformować, że musicie poddać się procedurze.

Petlicki zmarszczył brwi.

– O czym pan do diabła gada kapitanie?

– Chodzi o wykrywanie zmiennokształtnych. Na wolności przebywa nadal co najmniej jeden metamorf. Musimy być gotowi na wszystko. Proszę rozbierać się do naga.

– Wojtaszek, chyba zwariowałeś! – Petlicki poczerwieniał. – To się dla ciebie źle skończy. Co, może i panna Halina ma się przed tobą rozbierać? Ręczę słowem oficera za tych ludzi!

Kapitan nie ustąpił. Panna Czyżewska uśmiechnęła się tak, jak gdyby nie miała nic przeciw żądaniu Wojtaszka.

– Mogę zaraz wezwać swoich, zaprezentują się przed panem pułkownikiem.

Palce podpułkownika szarpnęły wąsik.

– Wojtaszek dosyć! Twoje uczestnictwo w grupie specjalnej właśnie dobiegło końca. Niezwłocznie skontaktuję się w tej sprawie z Wacławskim. A teraz złaź mi z drogi!

Kapitan nawet nie drgnął. Awantura wisiała w powietrzu. Niespodziewanie, między gotujących się do rękoczynów mężczyzn wkroczyła panna Czyżewska. Hałas za drzwiami zmusił ją do bardzo głośnego mówienia.

– Panowie spokojnie. Kapitanie, czy mówiąc o metodzie wykrywania zmiennokształtnych miał pan na myśli pławienie?

Wojtaszek zrobił głupią minę. Udał, że nie dosłyszał. Z bliska pani doktor była jednak oszałamiająco brzydka. Czyżewska nie doczekawszy się odpowiedzi, przybrała ton belferski, bardzo powoli akcentując każdą słowo.

– Kapitanie! Czy… procedura… o której… pan… wspomniał… to… pławienie? Moczenie… w wodzie… inaczej…

Dłużej nie mógł udawać głuchego. Skinął głową – istotnie, taka nazwa widniała w książce, którą mu polecono.

– Skoro tak, muszę pana rozczarować! Ta metoda jest nieskuteczna. Znaczy może być skuteczna…

Gmatwała coraz bardziej. Uważnie wsłuchujący się w jej wywód Petlicki nie zdzierżył.

– Jaśniej proszę…

Czyżewska tupnęła nogą. Cóż za koszarowe maniery. Damie się nie przerywa, proszę pana pułkownika. Nawet w koszarach.

– Panie pułkowniku, czy możemy przejść w spokojniejsze miejsce?

Petlicki zaprzeczył ruchem głowy. Westchnęła. Nie pozostało jej nic innego jak przekrzyczeć odgłosy kucia.

– To jest tak. Są dwa rodzaje metamorfizmu. Prosty, polegający na złudzeniu i sugestii. Ten można wykryć pławieniem. Jest także rodzaj drugi. Nazwijmy go roboczo złożonym. Taka metamorfoza wymaga długotrwałego i skomplikowanego obrzędu. Ujmując rzecz krótko – takiego zmiennokształtnego nie wykryjesz pan za pomocą pławienia. Z opisu jaki dostałam wynika, że poprzedni metamorf odbył taki właśnie obrzęd we Włodzimierzu Wołyńskim.

Z każdym słowem Czyżewskiej Wojtaszek bladł, a blokująca drzwi ręka opadała niżej. Czy podjęte środki bezpieczeństwa, zdały się psu na budę? Ze ściśniętym gardłem wyszeptał pytanie. Na szczęście trafił akurat na krótką przerwę w kuciu.

– Ile…. ile może trwać taka przemiana? Znaczy taka złożona?

Czyżewska zawahała się. W tym czasie robotnicy wznowili pracę. Znów musiała krzyczeć.

– Co najmniej dwie godziny. Albo i dłużej. Proszę pamiętać, że obrzęd wiąże się z kolosalnym ryzykiem dla szamana, to jest metamorfa. Przez całe życie można przeprowadzić dwie, góra trzy złożone przemiany. Nie da się jej zastosować ot tak sobie.

Wojtaszek z trudem pohamował okrzyk radości. Może mieli jednak do czynienia z tym metamorfizmem prostym. Nadzieja powróciła do serca. Na chwilę. Na dobre wypłoszył ją stamtąd Malik. Podróżnik spojrzał na panią doktor tak jakby jej uczone wywody stanowiły co najmniej despekt towarzyski.

– Panno Halinko, chyba z racji wieku lub cech przynależnych białogłowom, zapomina pani, że nie walczymy z prymitywnymi ludami tajgi. Od dobrych dwudziestu lat, bolszewicy pracują nad udoskonaleniem przemian o których pani z taką swadą opowiada. Nie mamy już do czynienia z leśnymi dziadkami w skórach, zajadających muchomory, ani z czasami cara batiuszki. Myślę, że dzięki wysiłkowi sowieckich uczonych proces trwa obecnie o wiele krócej i jest bezpieczniejszy dla metamorfa.

Za drzwiami przestali kuć. Cisza, która zapadła wprost kłuła w uszy. Czyżewska rzuciła obieżyświatowi wściekłe spojrzenie. Odezwał się znawca, psia jego mać. Petlicki wykorzystał impas w rodzącej się kłótni.

– Wojtaszek z drogi! Wchodzimy…

Zdruzgotany kapitan posłusznie się odsunął.

***

Katzenfeld bezradnie rozglądał się po budynku dworca Wileńskiego na Pradze. Miał tu na niego czekać przedstawiciel JIWO (JidiszerWisnszaftłecherInstitut– Żydowski Instytut Naukowy). Zamierzał rozpocząć w Wilnie nowe życie i zapomnieć o wszystkich strasznych zdarzeniach z Poznania. Może powinien poślubić odpowiednią kobietę i spłodzić syna. Synów, córki. Doczekać wnuków. Z poczty w Poznaniu, telefonicznie umówił się wstępnie z dyrekcją JIWO na cykl wykładów. Był przekonany, że nie będzie problemu z przedłużeniem współpracy. W końcu jego nazwisko coś znaczyło w świecie badań judaistycznych. Wysłannik instytutu spóźniał się. Telefonicznie ustalili dokładnie miejsce i czas spotkania. Człowiek z Wilna miał nosić w butonierce chustkę o intensywnie pomarańczowym kolorze. Nikt taki nie pojawił się o umówionej godzinie. Ubrani w garnitury stanowili na dworcu wyraźną mniejszość. Było już piętnaście minut po czasie. Kolejne pociągi przyjeżdżały i odjeżdżały, a pasażerowie kłębili się na peronach. Perony zresztą były tu osobliwe, zbudowane z desek, niczym pomosty nad wodą. Tak wyglądał dworzec w stolicy kraju. Wokół tłum Żydów. Każdy miał coś do powiedzenia, każdy wymachiwał rękoma. Esencja żydowskości. Wschód. Niepowtarzalne zapachy. Wielogłosowy gwar, w którym polski należał do rzadkości. Bijące serce jego ludu. Jidyszkajt. Zamiast złościć się na wilniaka, chłonął całym sobą niespodziewane wrażenia. W Poznaniu, we własnym gronie nazywali takich Żydów nieco pogardliwie Ostjuden, ale coś mu podpowiadało, że właśnie oni, traktowani pobłażliwie, bardziej się Panu Bogu podobają. Na przekór nowoczesności, trwający przy obyczajach przodków, wierni tradycji. Co czeka ich w nieustannie zmieniającym się świecie? Kilka dni temu na takie pytanie odpowiedziałby bez wahania. Później doszło jednak do przerażającego spotkania w garsonierze na ulicy Świętego Wojciecha. Groza. Wzdrygnął się. Strach nadal w nim tkwił. Został brutalnie strącony z wieży z kości słoniowej, w której dobrowolnie się zamknął. Jako powiernik pieczęci, znał siłę zdolną powstrzymać podpalaczy świata, która przyniesie śmierć wrogom i ochroni synów Izraela. Ale wiedział również, że Mahral postawił na straży tajemnicy opiekunów, którzy mieli pilnować, żeby nie ujrzała światła dziennego. Sam był takim strażnikiem, a przedtem ojciec, ojciec ojca i tak do czasów Mahrala. Czy prosty rebe Katzenfeld mógł kwestionować wolę wielkiego mędrca? Z drugiej strony, gdyby mistrz nie chciał żeby tę wiedzę wykorzystano kiedyś w dobrej sprawie, wszystko by zniszczył osobiście. Kto ma zdecydować czy owa chwila nadeszła? Myśli mknące przez głowę Moryca Katzenfelda z prędkością lux-torpedy kłóciły się z zasadami wpajanymi od dzieciństwa. Ze wszystkim w co zawsze głęboko wierzył.

Nagle go olśniło. Spóźnienie wysłannika JIWO stanowi znak. Pan wskazuje mu drogę. Żeby nie było więcej Klinglslandów, ludzi, którym mógł pomóc, zostawionych na pewną śmierć. Żeby za dziesięć, dwadzieścia, albo sto lat Żydzi nadal tłumnie kręcili się po Warszawie. Poczuł dumę i zarazem przytłaczającą odpowiedzialność. Na swoje nieszczęście żył w ciekawych czasach. Właśnie on miał podjąć najważniejszą decyzję od czasów Mahrala. Przed Wielką Wojną tatko nie dopuścił, żeby Niemcy odnaleźli manuskrypt, choć w Kaisera i w niemiecką Rzeszę wierzył bardziej niż w palestyńskie mrzonki. Tak od wieków czynili wszyscy strażnicy, ilekroć ktoś znalazł się zbyt blisko tajemnicy. Oferowali pomoc i wyprowadzali na manowce, przy wsparciu Opatrzności. Od tego czasu jednak manuskrypt ujrzał już światło dzienne, ale także odmieniła się sytuacja na świecie. Głośno westchnął, podniósł walizkę i ruszył ku kasie biletowej. Wiedział, że cokolwiek uczyni, będzie żałował. W końcu Mahral ukrył swoje dzieło i powołał siedmiu strażników pieczęci z bardzo konkretnego powodu.

Nachylił się nad okienkiem kasowym.

– Przepraszam panią, czy stąd odchodzi jakiś pociąg do Poznania? Czy będę musiał dostać się na inny dworzec?

Kasjerka, młoda Żydówka, uśmiechnęła się do niego promiennie.

***

Myśl o wizycie u konkurencji, po to tylko żeby spełnić życzenie Kaczmarka, sprawiała, że robiło jej się niedobrze. Prosto z Młyńskiej Basia poszła na Kozią, zabrała teczkę sprawy firmy „Anbu” i tak przygotowana ruszyła na Stary Rynek. Tam pod numerem 71/73 znajdowała się siedziba Detektywa Oko. Wiedziała, że Antek ma rację, że nie utrzyma kilku srok za ogon, niemniej każda komórka jej ciała buntowała się przeciw takiemu rozwiązaniu. Kapitulacji, nazywając rzeczy po imieniu. Weszła do małej poczekalni.

– Patrzę, patrzę i oczom nie wierzę. Młoda Kaczmarkówna w naszych niskich progach. Piciu, pozwól tu do mnie.

Było ich dwóch, nazywani przez Antka Patem i Pataszonem. Nigdy nie pamiętała który jest który. Jeden Piotr był wysoki, a drugi niski. Dziś wpadła na tego mniejszego. Gdy do poczekalni wszedł Piciu, musiał się schylać, żeby nie uderzyć w futrynę. W przeciwieństwie do swojego radosnego wspólnika minę miał kwaśną.

– A panna tu za pracą, czy po prośbie? Zmądrzeliśmy, że z przegranymi nie warto się wiązać? Panna porozmawia z Piotrem, bo ja mam sprawę na mieście. U nas ciągle ruch w interesie, może nawet coś by się dla panny znalazło. Całuję rączki, do nóżek padam.

I wyszedł, zostawiając ją z Piotrem niskim. Nie zdążyła się odezwać, nie zdążyła nawet zdjąć palta, a już miała ochotę uciekać stąd gdzie pieprz rośnie. Tymczasem detektyw podszedł do niej, cmoknął ją w rękę i usłużnie pomógł z płaszczem. Pełna galanteria, szkoda tylko, że podszyta fałszem. Na dodatek pocałunek na dłoni wywołał wizję.

– Po pierwsze panie Krochmalski, nie nazywam się Kaczmarek i…

– Upraszam o wybaczenie za ten drobny żarcik, panno Barbaro. Czy napije się pani czegoś? U nas rzeczywiście, jak mówił Piciu brak kobiecej ręki.

Nie zdążyła odpowiedzieć, bo detektyw Krochmalski podjął już następny wątek.

– Takie nieszczęście z tym Antkiem, popatrz pani. Takie nieszczęście. Nam oczywiście ani przez chwilę nawet do głowy nie przyszło, że Kaczmarek mógł kogoś zabić. Jesteśmy pewni, że zaszło jakieś fatalne nieporozumienie i nasza policja szybko złapie prawdziwego mordercę.

– Dziękuję, panie Krochmalski za troskę, ale przyszłam tu w zupełnie innej sprawie.

Niski człowieczek skakał wokół Baśki jak fryga.

– Ale ze mnie gapa. Proszę do gabinetu, tam będziemy mogli swobodnie porozmawiać. Rzadko mamy…, to jest chciałem powiedzieć, rzadko mamy tak miłych gości. Ciągle tylko te oszustwa, zdrady i inne przestępstwa.

Klientów nie było co prawda widać, ale na brak zleceń detektywi nie narzekali. Antek kiedyś z nieskrywaną pogardą opowiedział jej, jak Pat i Pataszon wysługują się trzem towarzystwom ubezpieczeniowym. Może podobne zlecenia były poniżej godności kogoś takiego jak Kaczmarek, ale wystarczały na płacenie czynszu za lokal przy Starym Rynku i na eleganckie meble ze Swarzędza, o których w Biurze Detektywnym mogli co najwyżej pomarzyć.

Krochmalski usadowił ją w wygodnym fotelu, a sam usiadł na prostym krześle. Gentelman z bożej łaski zapomniał o kawie. Chętnie skorzystałaby choćby ze szklanki wody, bo zaschło jej w gardle.

– Panie Piotrze, w zasadzie mam do pana interes. Co byś pan powiedział na jednorazową spółkę? Trafił nam się ciekawy klient, dobrze rokujący na przyszłość, a jak sam pan rozumiesz, nijak sama nie zdołam go obsłużyć.

Krochmalski podrapał się po krótkiej bródce.

– Nie wiem, nie wiem panno Basiu. Huk roboty. Na brak zleceń nie możemy narzekać. Trochę szczegółów musiałbym poznać.

Sposób mówienia niskiego detektyw predestynował go do usypiania dzieciaków w ochronce. Basia nie dała się jednak zwieść pozorom, bo dostrzegła w jego oczach błysk chciwości.

– W szczegóły wchodzić nie będę, bo nie chcę cennego czasu zabierać szanownemu panu. Powiem tylko, że chodzi o solidną firmę kupiecką, która ma dwóch właścicieli. Wypisz wymaluj jak wasza.

Krochmalski pozował na starego wyjadacza, ale uczuć nie potrafił ukrywać. Czytała z jego twarzy jak z otwartej księgi.

– Dla tak pięknej kobiety czas zawsze się znajdzie. Proszę mnie wprowadzić w sprawę.

– Twardy z pana negocjator panie Krochmalski. Już panu mówię. Nasz klient ma podpisać ważną umowę, ale nie ufa wspólnikowi. Potrzebuje dowodu, czarno na białym, że tamten coś knuje. Sprawa jest pilna, za rozwiązanie do piątku ekstra premia.

Oczy Krochmalskiego zwęziły się do szparek.

– Tempo iście amerykańskie. Ile pani chcesz, za oddanie tej sprawy?

– Nie za oddanie, tylko za jednorazowe zastępstwo. Dzielimy się po połowie.

Detektyw prychnął.

– Panna chyba żartuje. Za pośrednictwo może być góra dwadzieścia pięć procent. No, dla panny pięknych oczu niech będzie trzydzieści.

– Panie Krochmalski, dzielim się po połowie, albo wcale. Pan zyskujesz wdzięcznego klienta na przyszłość. I w prezencie od Biura Detektywnego, pan Piciu nie dowie się co pan wyrabiasz z jego szacowną małżonką.

Ostatnie zdanie spowodowało, że Krochmalski poczerwieniał jak burak. To był impuls, nagle postanowiła włączyć do negocjacji obrazek z wizji, której doświadczyła po cmoknięciu w rękę.

– Jakie mam gwarancje, że nie przekażecie zdjęć Piciowi?

No proszę, umysł Krochamlskiego jednak nie zardzewiał. Szybko dośpiewał sobie resztę historii. Całe szczęście dla Basi, bo przecież żadnych materialnych dowodów nie było.

– Takie same jak ja, że się pan nie dogadasz z klientem za moimi plecami. Zaufanie, uczciwość te słowa dla nas znaczą nadal bardzo wiele. Mam nadzieję, że dla was również.

– Oczywiście, oczywiście. Zatem czterdzieści procent dla Biura Detektywnego.

Zabawny jest ten Krochmalski.

– Niech będzie. Czterdzieści procent dla Biura i dziesięć dla moich pięknych oczu.

– Zgoda panno Basieńko. Ale dostanę negatyw.

Pokręciła głową.

– I na co on panu? Myślisz pan, że mamy tylko jeden? Pana Picia pewnie zmartwią informacje o sylwestrze w Zakopanem.

Zagrała vabanque, bo wcale nie była pewna, że pikantne sceny rozegrały się akurat w Sylwestra. Ale szczęście chyba jej sprzyjało, bo Krochmalski zrobił się jeszcze mniejszy niż na początku rozmowy.

– Powiem szczerze, Kaczmarek jest istnym farciarzem, że ma taką wspólniczkę. Jestem pod wrażeniem.

– Pan przesadzasz. A jestem tylko pomocą biurową. Tu proszę jest teczka naszego klienta. Czy sobotnie przedpołudnie będzie dobrym terminem dla rozliczenia?

– Może być, pod warunkiem, że rozwiążemy sprawę.

Uśmiechnęła się. A więc tak pan Krochmalski chce rozegrać tę partię. Zgarnie premię i będzie wciskał kit, że nie zdążył do piątku. Czort z nim, byle zapłacił cokolwiek.

– Zatem jesteśmy umówieni. Proszę mnie nie odprowadzać, sama trafię do wyjścia.
c.d.n.

ostatnia aktualizacja: 28 sierpnia 2016, katarzyna


Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.


*