Bohdan Głębocki, Musza Góra

Poznań, jesień 1938 roku. Czy w mieście rzeczywiście grasuje wilkołak? Wśród mieszkańców krążą pogłoski o serii makabrycznych zbrodni. Policja jest bezradna. Na trop wielokrotnego mordercy wpada niedoceniany, młody aspirant. Wkrótce stanie oko w oko z siłami, w których istnienie przestał wierzyć odkąd wyrósł z krótkich spodenek. Okultyzm, żydowska magia i słowiańskie demony. Walka wywiadów, świat przestępczy i zwykli szarzy ludzie wrzuceni w wir niebezpiecznych wydarzeń. Niesamowicie wciągająca fantastyka z wątkiem kryminalno-szpiegowskim.
Recenzje: http://readingspace.pl/musza-gora-recenzja-powiesci/

http://efantastyka.pl/art-musza-g%C3%B3ra-bohdan-g%C5%82%C4%99bocki-recenzja

http://www.literatura.gildia.pl/tworcy/bohdan-glebocki/musza-gora/recenzja

 

 

MUSZA GÓRA (fragment)

[…]

DZIEŃ 1 (4 października 1938, wtorek)

Mężczyzna w mundurze kapitana Wojska Polskiego obudził się raptownie. Pociąg właśnie ruszał. Podróżny zerwał się przestraszony, że nie zdążył wysiąść. Wyrwany ze snu z trudem złożył litery peronowego szyldu w nazwę miejscowości. Na szczęście nie był to jeszcze Poznań. Mała stacja Swarzędz. Wraz z odzyskiwaniem świadomości wracał spokój. Przecież w Poznaniu pociąg kończy bieg. Miarowy stukot kół działał usypiająco, więc kapitan Mieczysław Apfelbaum co pewien czas zapadał w płytką drzemkę. Po przeniesieniu do tajnej sekcji, trzy lata wstecz, przestał porządnie się wysypiać. A teraz ta niespodziewana podróż służbowa. I to dokąd! Do cholernego Poznania, twierdzy endeków, gdzie nigdy nie był, za to nieraz słyszał opowieści o tamtejszych judofobach. Miejscowi popierali tylko swoich, a Żydów zjadali już na dworcu z jakimś gzikiem. To podobno najwykwintniejsze danie miejscowej kuchni, ser z czymś tam. Durna nazwa: gzik-bzik. Rozkaz podróży przyszedł z samej Warszawy — oficjalnie jako kapitan służb kwatermistrzowskich został wytypowany na kurs szkoleniowy. W rzeczywistości służył w „Dwójce”, w Referacie Badań Ludnościowych. Pod niewiele mówiącą nazwą kryła się zakamuflowana komórka wywiadu, przeznaczona do „odzyskiwania zaginionej wiedzy, w celu wykorzystania jej do obrony Rzeczpospolitej”.

Pierwszą reakcją każdego (z wąskiego grona zaufanych), kto usłyszał tę frazę, było albo puknięcie się w czoło, albo wybuch śmiechu. Dowództwo jednak sprawę traktowało śmiertelnie poważnie. Podobne badania prowadzili Anglicy, Francuzi, Włosi, Amerykanie, nawet Sowieci i Japończycy, a przede wszystkim Niemcy. Kolejna wojna miała być prowadzona nie tylko z wykorzystaniem najnowocześniejszej techniki, lecz także z pomocą czegoś, co jeszcze niedawno określano słowem zabobon. Pierwsze udane próby zaprzęgnięcia wiedzy przodków do celów militarnych przypisano Burom, którzy w afrykańskiej wojnie przemykali niepostrzeżenie pod angielskie pozycje, uderzali i nim ktokolwiek zdążył zorganizować obronę, znikali. Później okazało się, że stosowali murzyńskie zaklęcia myśliwskie. Podczas Wielkiej Wojny Francuzi wykorzystali sukuby i inkuby do działań szpiegowskich. Podobno w ten sposób ujęto Matę Hari. Niemcy oprócz gazów bojowych wysyłali na alianckie okopy poltergeisty, by siały wśród wrogów zwątpienie, panikę, a w konsekwencji upadek morale. Brytyjczycy odpowiadali podobnie, wielu służących w armii kajzera postradało rozum za sprawą irlandzkich banshee. Jedno nie ulegało wątpliwości — próby okazały się na tyle interesujące, że rozpoczęto regularne badania w tym kierunku. Także w Polsce, choć ze sporymi oporami. Dla Apfelbauma prawdziwym celem wyjazdu do Poznania było jakieś odkrycie związane ze sferą zainteresowań Referatu. Szczegóły miał poznać na miejscu.

W sąsiednim przedziale rozgorzała kłótnia. Apfelbaum słyszał wszystko doskonale, cienkie ściany nie stanowiły żadnej zapory. Piskliwy głos upierał się, że zajęcie Zaolzia to błąd strategiczny. Głos niski dudnił, że akcja Bortnowskiego jest realizacją sprawiedliwości dziejowej, że pomszczono poległych pod Skoczowem i ukarano czeską zdradę z 1919 roku. Jako żołnierz Apfelbaum nie kwestionował polityki władz, prywatnie zaś raczej przychylał się do opinii piskliwej. Zmierzył wzrokiem współpasażerów. Kobieta podróżująca z dzieckiem nie widziała świata poza potomkiem, na szczęście wyjątkowo spokojnym. Mężczyzna o wyglądzie adwokata ukrył się za płachtą wileńskiego „Słowa”. Zasuszony staruszek bacznie mu się przyglądał. Przyłapany na niezbyt grzecznym wlepianiu wzroku, wcale się nie speszył. Staremu piernikowi co jakiś czas trzęsła się noga. Z trudem utrzymywał laskę z mosiężną rączką. Wyglądał groteskowo. Przed czynnym wyrażeniem nienawiści powstrzymywał go pewnie tylko szacunek dla munduru. Kapitan znał takich jak zły szeląg. „Nasi chłopcy gonią Czechów nad Olzą, a starozakonni jak zwykle na tyłach”, usłyszałby, gdyby stary się odezwał. Natręt w końcu spuścił wzrok, mamrocząc pod nosem przekleństwa. Kapitan uznał, że ma do czynienia z miejscowym, zatem w pojedynku Apfelbaum — poznańczycy jak dotąd 1:0. I ze spokojem zajął się kontemplowaniem krajobrazu za oknem, nudnego jak mieszkańcy tej krainy.

 

Na Garbarach panował poranny harmider. Eleganccy przechodnie pojawiali się z rzadka, podobnie jak błyszczące w słońcu samochody. Ta pora dnia należała do zarabiających na chleb ciężką pracą, ich wozów i wózków. Bramkarz Napierała przebiegł Wielkie Garbary, po czym wszedł na most Chwaliszewski. Wilgotny bruk był zdradliwy, mężczyzna poślizgnął się, ale z gracją zdołał utrzymać równowagę. Sprytny, w labiryncie uliczek Chwaliszewa łatwo zniknąć. Co ważniejsze, tu każdy pilnował własnego nosa. Idący w bezpiecznej odległości za piłkarzem Antoni Kaczmarek nie lubił tej części Poznania — zbyt wielu miejscowych mogło go rozpoznać, nawet mimo charakteryzacji. Jednak twardo stąpający po ziemi Kaczmarek potrafił dostrzec swoisty urok malowniczych zaułków poznańskiej Wenecji. Takie magiczne połączenie wody i kamienia.

Antoni, prywatny detektyw, mężczyzna tuż po czterdziestce, wzrostu średniego, miał sylwetkę ukształtowaną przez sportowe zainteresowania. Biegi i pływanie. Brakowało mu aparycji amanta, ale twarz o regularnych rysach mogła podobać się kobietom, o ile nie przeszkadzał im wydatny nos i uszy o rozmiar za duże w stosunku do reszty fizis. Na potrzeby dzisiejszego zadania dokleił sobie sumiastego wąsa, nałożył tupecik oraz okulary w drucianej oprawce. Nagle poczuł, że ktoś ciągnie go za ramię. Odwrócił się. Przed nim stał dobrze ubrany, poważnie wyglądający starszy pan o siwiejących skroniach. Antek mimowolnie porównał jego płaszcz z własnym powycieranym paltem.

— Bardzo szanownego pana przepraszam, ale mam niezwykle ważne informacje…

Kaczmarek przystanął zaintrygowany. Cóż za wyszukany język. Staruszek zadowolony z pozyskania słuchacza uśmiechnął się.

— Otóż, drogi panie, pod Śremem, wiem to z pewnego źródła, urodziło się trójgłowe cielę. Pan sobie wyobrażasz? Nie dwugłowe, tylko…

Zirytowany Kaczmarek wyszarpnął rękaw płaszcza z dłoni oczywistego wariata. Dał się podejść jak dziecko.

Musiał nadrobić stracony czas, przecież bramkarz nie stał w miejscu. Przyspieszył.

— To nie wszystko! W mieście grasuje wilkołak. Będzie zabijał, dopóki ktoś go nie powstrzyma! — Chory psychicznie nie dał za wygraną, krzycząc do pleców utraconego słuchacza.

Czego ci ludzie nie wymyślą. Ostatnio każdy, od małych kajtków poczynając, a na starych babciach kończąc, powtarzał tylko jedno — plotkę o wilkołaku zagryzającym ludzi. Skaranie boskie!

Na moście Kaczmarek o mało nie poślizgnął się na mokrym bruku. Kolejne cenne sekundy stracił, bo jakiś bamber zmierzający na rynek zatarasował drogę. Wiatr bez trudu przeniknął lichą odzież detektywa. Przekroczywszy rzekę, odruchowo przeżegnał się na widok krzyża stojącego na chwaliszewskim brzegu. Pozłacana figura Zbawiciela pięknie jaśniała w jesiennym słońcu. Pozornie wyspa niczym nie różniła się od pozostałych części Poznania. Podobno kiedyś było tu odrębne miasto z własnym ratuszem. Jeśli tak, to coś z tych dawnych czasów pozostało w mentalności chwaliszewian. Detektyw do strachliwych nie należał, ale na Chwaliszewie wolał zachować czujność. Tymczasem bramkarz skręcił w Czartorię i Antoni stracił go z oczu. Wspaniale. Teraz szukaj wiatru w polu. Z lekką zadyszką podbiegł do miejsca, w którym zniknął obiekt. Pusto. Ani śladu bramkarza. Najprawdopodobniej wlazł do jednej z pobliskich knajp. Detektyw westchnął. Sprawa, która go tu przygnała, w monotonii śledzenia niewiernych małżonków jaśniała niczym diament. Do Poznania przyjechali „Czarni” ze Lwowa. Chłopaki z „Warty” podejrzewali, że bramkarz Napierała puszcza gole częściej, niż powinien. Zrobili zrzutkę w drużynie i wśród zaufanych kibiców, a potem zapukali do drzwi Biura Detektywnego. Antek zagryzł wargi. Chyba właśnie zawalił ważne dochodzenie. Pierwsze tak ciekawe od… cholera, już nawet nie pamiętał, od jak dawna. Nie pozostawało mu nic innego jak rozpaczliwe przejście po chwaliszewskich lokalach.

Knajpa numer jeden okazała się prawie pusta. Przy barze siedział dorożkarz i dwie córy Koryntu w wieku emerytalnym, które zmierzyły go znudzonym wzrokiem. W drugiej też nie znalazł bramkarza. Co przyniesie trzecia?

— Serwus. — Nieznajomy uchylił kapelusza, zdecydowanie nie pasującego do miejsca, podobnie jak sam właściciel. — Powisz ty mi, gdzie jest knajpa Leona, bo naobkoło jej ni ma?

Dość tęgi mężczyzna sapał jak lokomotywa. Nie pachniał tanimi papierosami, a cygarami. Może jednak Kaczmarkowi sprzyjało szczęście. Rozpoznał charakterystyczny lwowski zaśpiew, którego sporo nasłuchał się w 1919 roku. Ilu lwowiaków można spotkać we wtorkowy poranek na Chwaliszewie?

— „U Leona”, niech pomyślę… Cofniesz się pan najsampierw do Tylnego Chwaliszewa, potem jeszcze do Chwaliszewa. Ulicy znaczy się. Dalej w prawo, do przecznicy. W nią pan skręcisz. W lewo. To Warciana. Wedle eki z Wenecjańską stoi Leon. Nie da się pomylić.

Antek wspierał się gestykulacją, a grubas mruczał pod nosem, próbując spamiętać wymienione nazwy. Na pewno zaraz się pomyli.

— Ta wam dziękuji.

Lwowiak albo dobrze udawał, albo miał doskonałą pamięć.

— Cała przyjemność po mojej stronie.

Nieznajomy odszedł, a Kaczmarek zaczął wpatrywać się w pobliską wystawę. To się nazywa fart. Poznał prawdopodobne miejsce spotkania. Miał nawet czas, żeby spokojnie przygotować sprzęt. Uśmiechnął się do przechodzącej dziewczynki w stroju marynarskim, prowadzonej za rękę przez nianię. Szły w kierunku katedry. Dziewczynka pokazała mu język. Dzień zapowiadał się wspaniale.

 

* * *

— Proszę pana, proszę pana. Ostatnia stacja. Koniec jazdy.

Apfelbaum ocknął się momentalnie. Przesiąknięty zapachem tytoniu stary kolejarz szarpał go za ramię i krzyczał prosto do ucha.

— Poznań?

— Tak, tak. Poznań, Poznań.

W przedziale nikogo już nie było. Kapitan poprawił mundur, przeczesał włosy i wcisnął na głowę rogatywkę. Wziął głęboki oddech, po czym ruszył na spotkanie złowrogiego miasta. Na schodach wagonu oślepiło go ostre słońce. Rozejrzał się. Secesyjne wiaty nad peronami i kłęby pary. Gwar jak na każdym dworcu. Ludzie śpieszyli się, przepychali i biegali z bagażami w poszukiwaniu właściwego pociągu. Dał się zwieść głupiemu gadaniu. To normalne polskie miasto, jakich wiele w Rzeczpospolitej. Może trochę bogatsze od innych. Ktoś mu naopowiadał o wszechobecnej w stolicy Wielkopolski woni palonych kadzideł. Wyczuwał różne zapachy: dymu, węgla, smarów,niedomytych ciał, ale kadzidła bez wątpienia wśród nich nie było. Ta pogłoska okazała się bzdurą, pewnie podobnie będzie z innymi. Dostrzegł nawet paru Żydów w chałatach i z wielkimi torbami, torujących sobie przejście przez tłum przy wtórze głośnych przekleństw po polsku i w jidysz. Nikt na nich nie polował ani ich żywcem nie zjadał. Apfelbauma po wyjściu z wagonu porwał ludzki potok zmierzający w stronę podziemnego przejścia. Przy schodach został potrącony przez postawną kobietę z dzieckiem na ręku, zmierzającą w stronę przeciwną niż większość pasażerów. Zdołał jednak utrzymać równowagę i chciał nawet krzyknąć za paniusią, żeby bardziej uważała, ale tłum połknął i matkę, i dziecko, więc nie było komu zwrócić uwagi. Po chwili znalazł się na chodniku przed dworcem. Masywny budynek z czerwonej cegły robił przygnębiające wrażenie. Na placyku znajdowała się pętla tramwajowa, ale jedyny tramwaj właśnie odjechał. Kiedy bezradnie rozglądał się dookoła, ktoś delikatnie stuknął go w plecy.

— Panie oficerze…

Odwrócił się.

— Słucham…

Przed nim stał barczysty mężczyzna równy mu wzrostem, ubrany w skórzany strój do jazdy samochodem. Na widok twarzy Apfelbauma rozszerzył oczy ze zdumienia i dukając niezrozumiale pod nosem, wycofał się do zbitych w grupkę szoferaków stojących nieopodal sznura aut. Wśród kolegów odzyskał rezon i zaczął głośno perorować, co rusz wskazując na Apfelbauma. Dziwaczne zachowanie taksówkarza rozbawiło kapitana. Z braku innych środków transportu postanowił zamówić taksówkę i w ten sposób dostać się do Dowództwa Okręgu Korpusu. Kiedy podszedł do pierwszego auta w kolejce, od grupki odłączył się jeden szofer.

— Do DOK proszę.

Wsiąść jednak nie zdołał, bo przeszkodziła mu dłoń taksówkarza. Z zaciętą twarzą kierowca zablokował drzwiczki.

— Niestety, kurs zajęty.

Kapitan przesunął się do drugiej taksówki.

— W takim razie pojadę tą.

Taksówkarz stanął obok wybranego samochodu.

— Ta jest także zamówiona.

Apfelbaum przystanął. Co jest grane? Wszystkie taksówki należą do tego buca?

— A trzecia?

— I trzecia, i czwarta, i piąta. Jak dla pana, wszy…

Nie dokończył, bo do pierwszego auta wsiadły dwie roześmiane dwudziestolatki i szofer rzucił się w wir taksówkarskich obowiązków.

Zirytowany Apfelbaum nie pojmował, co się dzieje. Dlaczego te kobiety weszły ot tak, do taksówki rzekomo zamówionej? Olśnienie przyszło wraz z przechodzącą nieopodal grupką gimnazjalistów. Mijając go, zaczęli się szturchać i głośno pokrzykiwać:

— Tej, Marychna, ale jubel… Żydek w mundurze.

— Jasny gwint. Nikt nam nie uwierzy.

Jeden z wyrostków, odważniejszy albo bezczelniejszy od pozostałych, krzyknął:

— Jojne idzie na wojnę!

Odpowiedział mu wybuch śmiechu. Do szczeniaków dołączyli dorośli przechodnie. Przystawali, głośno komentowali, wytykali go palcami, jakby był okazem przyrodniczym. Zjeżył się. A więc o to chodziło! Jednak cholerni judofobi kręcą miastem. Kruczoczarne, lekko kręcone włosy, niesfornie wystające spod rogatywki zapewne jeszcze by mu wybaczono. Podobnie jak oczy w odcieniu ciemnego piwa. Na tym kończyła się taryfa ulgowa. Garbaty nos nie pozostawiał złudzeń co do narodowości właściciela, a kropkę nad i stawiały grube, mięsiste wargi. Poprawił oficerski pas. No to sprawdzimy, czy poznańczycy są mocni tylko w gębie. Dziarsko ruszył w stronę taksówkarzy. Z każdym krokiem wzbierał w nim gniew. Co to ma być? Oficer Wojska Polskiego nie będzie podwieziony taksówką w polskim mieście? Kiedy był już na wyciągnięcie ręki od zaniepokojonych gwałtowną reakcją mężczyzn, wpadł na niego inny oficer.

Po zderzeniu ten drugi przepisowo zasalutował.

— Panie kapitanie… Porucznik Świeczko kłania się nisko. Z nieba mi pan spadłeś. Czy pan aby też na kurs dla kwatermistrzów, aa?

Apfelbaum skinął głową. Słowa tamtego wypowiedziane z lekkim wschodnim zaśpiewem były jak balsam dla uszu, zwłaszcza w porównaniu z brzydkim przeciąganiem miejscowych. Ten na pewno nie był z Poznania.

— A czy nie będzie mieć pan szanowny nic naprzeciwko, żebyśmy pojechali razem? Bo ja proszę pana z Włodzimierza Wołyńskiego przyjechał…

Po raz pierwszy od wyjścia z pociągu uśmiechnął się.

— Absolutnie nie będę miał nic przeciwko ani naprzeciwko. Proszę bardzo, pan pierwszy. Przepraszam, nie przedstawiłem się. Kapitan Apfelbaum Mieczysław.

Razem wsiedli do taksówki. W obecności drugiego oficera kierowca już nie odważył się protestować. Całą drogę milczał naburmuszony, co raczej niezwyczajne w tym fachu. Kapitan także nie miał ochoty na rozmowę. Za to porucznik Świeczko gadał jak najęty. Na imię miał Aleksander, na cześć największego zdobywcy starożytności. Na Świętym Marcinie Apfelbaum dowiedział się, że rodzinę porucznika tworzy żona Halinka i piątka dzieciaków. Do Alei Marcinkowskiego poznał wszystkie imiona i choroby, które potomstwo przeszło od urodzenia. Kiedy Świeczko rozpoczął opowieść o sukcesach i porażkach szkolnych najstarszego syna, samochód gwałtownie zahamował.

— Proszę bardzo. Babińskiego. Dowództwo Okręgu Korpusu. Cztery złote.

Szofer patrzył, jakby zamierzał go udusić. Kapitan wyjął portfel. Sporo. Porucznik zaczął macać kieszeń, ale Apfelbaum go powstrzymał.

— Proszę mnie nie obrażać. Był pan moim gościem.

Świeczko lekko się ukłonił i wyjątkowo nic nie powiedział. Apfelbaum dokładnie odliczył kwotę za przejazd i podał szoferowi.

— Żydowskie pieniądze jakoś cię nie brzydzą! — rzucił na odchodnym i udał się za porucznikiem do wartowni.

Taksówka odjechała z piskiem opon.

 

Lokal „U Leona” nie prezentował się najlepiej. Duża szyba od ulicy wprost lepiła się od brudu. Ten, kto nazwał Poznań czystym miastem, z pewnością nie stołował się tutaj. Mimo przedpołudniowej pory w knajpie panował spory ścisk. Dobrze wybrał ten Napierała. Kaczmarek rozejrzał się dyskretnie po sali. Są. W narożniku, z dala od ciekawskich uszu. Lwowiak siedział obok bramkarza. Zawzięcie dyskutowali. Napierała założył okulary i przylizał czuprynę, bądź co bądź był znaną personą. Wokół, oględnie mówiąc, szemrane towarzystwo. Niskie, zadymione pomieszczenie wyglądało niczym dawne destylacje, o których tyle opowiadali Kaczmarkowi wujowie. Podobne lokale nigdy nie pachniały zbyt pięknie, ale „U Leona” po prostu śmierdziało. Chwilowo nie potrafił wskazać źródła paskudnej woni. Pewnym krokiem podszedł do kontuaru.

— Setkę proszę.

Stojący za barem grubas łypał spode łba, ale obsłużył bez gadania. Szklanka, do której nalał starannie odmierzoną porcję alkoholu, nie różniła się zbytnio od witryny. Detektyw odetchnął pełną piersią. Zaletą pracy na własny rachunek była możliwość picia o każdej porze. Ceny akceptowalne. Juchty z Chwaliszewa nie stanowili najlepszej klienteli w mieście.

Usiadł przy stoliku sąsiadującym z pogrążonymi w dyskusji bramkarzem i lwowiakiem, tak by widzieć obu mężczyzn. Blat opowiadał historię ostatniego tygodnia, może miesiąca. Kaczmarka to specjalnie nie ruszało, pracował w gorszych warunkach, a kuchnia w jego mieszkaniu prezentowała się niewiele lepiej. W ogólnym zgiełku rozmowę śledzonych słyszał piąte przez dziesiąte. Nieistotne. Dla sądu dowodów nie zbierał. Potrzebował fotografii potwierdzającej potajemne spotkanie. Banał. Wystarczy uruchomić mechanizm własnej roboty, dzięki któremu ukryty pod paltem aparat robi zdjęcia. Gotowe. I jeszcze jedno, dla pewności. Dopije wódkę i zmiata z Chwaliszewa. W końcu skojarzył źródło smrodku. Na każdym stole stał talerz z kiełbasą. Zakąska od firmy, tyle że lekko nieświeża. Jednym haustem wychylił alkohol i wstał.

— A ty, Kaczmarek, już nas opuszczasz? Myślałem, że pogadamy o starych czasach.

Zamarł. Rozpoznał go stojący za kontuarem tęgi mężczyzna. Niestety bez wzajemności. W spelunce nagle ucichły wszystkie rozmowy. Niespodziewanie znalazł się w centrum zainteresowania. Poczuł strużkę potu spływającą po plecach. Uśmiechnął się sztucznie.

— Nie nazywam się tak, musiał mnie pan z kimś pomylić. — Kaczmarek dotknął rąbka kapelusza i skierował się w stronę wyjścia.

Grubas dał znak ręką. Drzwi zagrodziło trzech rosłych typów, a dwóch kolejnych przygniotło Antoniego do baru. Kapelusz detektywa spadł na podłogę. Nagle pozostali goście stracili zainteresowanie rozróbą. Prawie. W kącie zaszurało krzesło. Ktoś próbował wstać. Może chciał pomóc Kaczmarkowi, a może chciał się ulotnić. Wystarczyło

jedno spojrzenie draba wykręcającego Antkowe ramię, by pan nerwowy potulnie usiadł. Drugi z oprychów złapał detektywa za kark i Kaczmarek znalazł się twarzą w twarz z właścicielem i jego nieświeżym oddechem.

— Albo udajesz, albo rzeczywiście nie pamiętasz. Za to ja nie zapomnę twojej zakazanej kalafy do końca życia. Rok trzydziesty czwarty. Olejnik moje nazwisko.

Po uderzeniu wymierzonym przez grubasa otwartą dłonią detektywowi spadł tupecik. Kaczmarek zniósł cios bez słowa skargi. No tak, nieźle się wpakował. Restaurator z Marcina zdradzający żonę. Na nieszczęście wiarołomnego męża knajpę w posagu wniosła ona.

— Panie Frycku, co robimy?

Pytanie zadał trzymający Kaczmarka za kark. Olejnik zatarł tłuste dłonie.

— Przeszukajcie gnidę dokładnie, a potem to już sami wiecie. Nie chcę go więcej widzieć.

Jeden z drabów boleśnie wykręcił detektywowi ręce, a drugi zdarł płaszcz, pod którym na specjalnej uprzęży zawieszony był aparat. Po chwili wszystko, łącznie z trzema złotymi i starym sprężynowcem, leżało na blacie.

— No proszę, najprawdziwsza leica. Też kiedyś taką miałem — Olejnik wziął do ręki narzędzie pracy detektywa.

— Znowyk pynchcisz. Kogo dziś chcesz zniszczyć, gnoju?

Kaczmarek gorączkowo rozważał szanse. Łomot go nie ominie. Ucieczki może spróbować jedynie na zewnątrz. Olejnik bawił się jego przywiezionym z Berlina aparatem jak jo-jo. Nagle puścił drogocenny przedmiot i dla pewności rozbił go obcasem.

— Ooo, ale ze mnie guła. — Knajpiarz pokazał zepsute zęby w złośliwym uśmiechu.

Kaczmarek zamarł. Leica stanowiła podstawę egzystencji biura. Jej strata była gorsza niż najbrutalniejsze pobicie. Grubas doskonale o tym wiedział. Niezbyt czysty paluch wymierzył w Antoniego.

— Już więcej, skurwysynu, nie będziesz szkodził porzundnej wiarze. Ino mi pyndź stędy. Aaaa… byłbym zapomniał. Wiaruchna, to bywszy szkieł.

Stalowy uścisk na ramionach i barkach detektywa jeszcze się wzmógł. Obicie szkieła, nawet byłego, to frajda nielada. Wykręcone ręce bolały jak diabli. Jasna choroba, a miało być tak łatwo.

Mężczyźni wywlekli go na podwórko. Tam dołączyło czterech następnych. Wieść rozeszła się lotem błyskawicy.Wszyscy rzucali Kaczmarkowi pełne nienawiści spojrzenia. Dziewięciu na jednego. Nie ma żadnych szans.

Dwóch go trzymało, reszta zakładała kastety. Pod Antkiem ugięły się kolana. Za wszelką cenę chciał utrzymać fason, by nie dać zbirom dalszych okazji do kpin.

— Nie wiem coś za jeden, ale jak knajpiarz mówi, żeś stary szkieł, to rychtyk. Żeś se nabrechtał. Najpierw wpierdol, potem do rybek. Jak Krwawy Otto.

Wspomnienie Otta wywołało rechot i głośne potakiwania. Dobrze znali tę historię. Zwłoki dziewiętnastowiecznego policjanta znaleziono wtenczas na brzegu rzeki. Autor żartu miał twarz ulicznego oprycha, upstrzoną śladami po ospie.A łapy wielkie jak bochny. Właściwy człowiek na właściwym miejscu.

Pierwszy cios trafił w żołądek. Normalnie po takiej eksplozji bólu Kaczmarek powinien zgiąć się wpół, ale trzymano go równie mocno jak bito. Między bandziorami wybuchła sprzeczka, kto uderzy następny. Zwyciężył dryblas nazywany Bronkiem, który zaraz potem precyzyjnie trafił detektywa w szczękę. Kaczmarek poczuł w ustach krew i co najmniej jeden wybity ząb. Kolejną kłótnię o pierwszeństwo przerwał policyjny gwizdek. Zaskoczeni mężczyźni spojrzeli po sobie. Ten z łapami jak bochny splunął na ziemię przed Antkiem.

— Jeszczyk cię szczapię. Ino się tu przytośtasz.

Na odchodnym olbrzym wymierzył Kaczmarkowi cios w policzek i kopnął w kolano. Granatowi raczej nie byli częstymi gośćmi w tej części Chwaliszewa, jak już, to większą kupą. Ktoś ich zawiadomił, co samo w sobie stanowiło niezwykłe zdarzenie. Kimkolwiek był wzywający policję, detektyw winien był mu wdzięczność. Dozgonną. Podwórko momentalnie opustoszało. Kiedy wkroczyli tam posterunkowi, na środku leżał tylko krwawiący Kaczmarek.

Dowodzący interwencją wąsacz nie bawił się w ceregiele.

— Zabierać go i znikamy. Bo juchtom coś głupiego do łba strzeli.

Policjantów było tylko czterech. Dwóch złapało Kaczmarka, dwóch kolejnych z odbezpieczoną bronią osłaniało odwrót. Jak na Dzikim Zachodzie.

— Na „Jedynkę”. Na „Jedynkę” z nim — poinstruował kolegów wąsacz.

— Czemu nie do nas? — pytanie padło tuż przy uchu Kaczmarka.

— Sobczak, nie dyskutuj. Jak mówię, że na „Jedynkę”, to na „Jedynkę”, do gołębiarzy.

Detektyw pojął w lot, że prowadzą go na Gołębią, a sami są z Czartorii. Forsowny marsz zakończyli na Wielkiej. Nikt nie robił im trudności. Kaczmarek poprosił gestem o chwilę oddechu. Przystanęli. Po drodze usilnie przypominał sobie nazwisko przodownika, bo znali się z dawnych czasów. I nic. Za diabła nie pamiętał, przyplątało się tylko imię — Stefan.

— Panie przodownik… Stefek… pamiętasz mnie?

— Co mam nie pamiętać. Byłeś w drugiej kompanii, ja w trzeciej. Poza tym Antka Kaczmarka zna jeszcze trochę wiary.

Oblicze detektywa wykrzywiło się w coś na kształt uśmiechu. Na mgnienie oka, bo ból szybko o sobie przypomniał.

— No właśnie Stef, ja nie chcę na komisariat…

Przodownik zmarszczył czoło.

— Nie ma da. Musim protokół spisać.

— Stefan… — Zaciskając zęby, Kaczmarek odciągnął wąsacza od pozostałych policjantów. — Protokół to oficjalna sprawa. Wiesz, z kim nie chcę mieć do czynienia… A to prędzej czy później wypłynie.

Wąsacz ściszył głos.

— Zadworski… Cholerna Galilea… No dobra, Kaczmarek. Niech będzie na twoje, po starej znajomości i z szacunku dla pana podinspektora. Tej, a Stacha Raczyńskiego pamiętasz?

— Raczyńskiego? Dej mi chwilę. No tak, za kuchorza robił.

Policjant machnął ręką.

— To był Czechu Raczkiewicz. Kipnął zeszłej zimy. Mnie chodzi o Stacha. Kejtertaty nie pamiętasz?

Kaczmarek palnąłby się w czoło, gdyby nie to, że rękę miał jak z ołowiu.

— Teraz se przypominam. Kejtertata. Z mojego plutonu. Co u niego?

— Nie najlepiej. Zabitego go znaleźli. Z rozszarpanym gardłem. Wyobrażasz sobie? W środku miasta leży facet i ma gardło rozszarpane. Jak od wilków, cholera jasna. Powoli człowiek zacznie wierzyć w te madaiczne wilkokłaki. No dobra, fyraj do chaty. Tylko w kłopoty się nie pakuj. Na Chwaliszewo najlepiej na razie nie przyłaź. Dopadnie cię jeszcze nadrzeczny morderca. Zresztą w tym stanie załatwi cię byle knajtek z ochronki.

Pierwsze słyszał o nadrzecznym mordercy, ale za radę podziękował. Nadal nie przypomniał sobie nazwiska policjanta. Człek się starzeje, psia krew.

— Się wie. Dzięki, Stef.

Przodownik nie odpowiedział. Wrócił do pozostałych. Między policjantami doszło do gwałtownej wymiany zdań. Detektyw nie słuchał. Miał inne zmartwienia. Przy pierwszym kroku syknął z bólu. Przy drugim i trzecim także. Potem wziął się w garść. Co się dzieje z tym miastem, że w centrum grasują wilki? Wilk czy wilkołak, pies go drapał. Znacznie bardziej doskwierał mu ziąb, bo płaszcz został na Chwaliszewie, zresztą kapelusz też. Wolno pokuśtykał do doktora.

 

Niewysoka, szczupła blondynka zaklęła siarczyście. Barbara Działdowska drugi raz przeszukała torbę. Klucz zawsze potrafił się ukryć w najgłębszym zakamarku. Czas uciekał, a ona wciąż stała przed drzwiami „Biura Detektywnego A. Kaczmarek”, jak głosiła umieszczona obok wizytówka. Zniecierpliwiona Baśka zdecydowała się na desperacki krok — wysypała całą zawartość torby. Przedmioty z impetem uderzyły o drewnianą podłogę. Wśród czterech zeszytów, dwóch skryptów akademickich, teczki z dokumentami, proszku do zębów, chemicznego ołówka i noża sprężynowego zguba się znalazła. Trzy razy w tygodniu, kiedy zajęcia na uniwersytecie zaczynała później, zachodziła do Antka, to znaczy do pana Antoniego, któremu prowadziła papiery. Kaczmarek doskonale dawał sobie radę w terenie, ale jak ognia unikał wszystkiego, co wiązało się z siedzeniem za biurkiem. Kurczę, gdzie tu sprawiedliwość! Ona wciąż musiała zmagać się z okolicznościami, których serdecznie nie znosiła, choćby na uczelni, gdzie kilku asystentów uważało, że kobieta w medycynie to najwyżej pielęgniarka. Biednym zawsze wiatr w oczy. Zgarnęła wszystkie przedmioty do torby, wstała i przekręciła klucz.

— Cień tobry panienka…

Torba z hukiem wylądowała na podłodze. Serce podeszło dziewczynie do gardła. Od razu przyszły jej do głowy głośne ostatnio historie o tajemniczym zabójcy, nazywanym wilkołakiem, które wyśmiewała jako niedorzeczne bzdury. Przynajmniej do tej chwili. Z zacienionej części klatki schodowej wyłonił się tęgi mężczyzna. Uśmiechał się. Nie wyglądał na groźnego ani szybkiego. Poczuła się pewniej, wiedząc, że w razie czego ucieknie. Nie mogła tylko zdecydować, czy lepiej schronić się w biurze, czy wybiec na ulicę. Ostatecznie żadnej decyzji nie podjęła, za to nakrzyczała na intruza.

— Aleś mnie pan przestraszył! A w ogóle coś pan za jeden? Czego pan tu sterczysz? I po co pan tak się drzesz, głucha nie jestem! — Przykucnęła, rozpaczliwie szukając w torbie sprężynowca, który jak na złość też gdzieś zaginął.

Mężczyzna uśmiechał się nieśmiało. Jak na grasującego po bramach bandziora rozbrajał bezradnością. A może drwił? Z niej? Z kostiumu, że niemodny, że tani? Albo z piegów na nosie psujących efekt klasycznego piękna, jak powiedział jej kiedyś profesor historii w gimnazjum. Chociaż nie, piegów przy tym oświetleniu nie mógł widzieć.

— Pszepraszam… Pani się uszpokoi. Ja nie mieć złe zamiary. Czekam pan Katschmarek i chyba się zasnąłem.

Intruz, który całkowicie już wyszedł z cienia, mówił z silnym niemieckim akcentem, tylko jakimś dziwnym, brzmiącym zupełnie inaczej niż mowa miejscowych szkopów. Zatrzymał się dobre półtora metra od Działdowskiej. Ubrany gustownie, ale śmierdzący potem.
Nagle Baśka odniosła wrażenie, że zza drzwi dobiega jakiś dźwięk. Może Antek był w środku. Niech to będzie prawdą, niech jej pomoże. Tymczasem grubas wciąż nie wychodził z roli dobrego wujaszka.

— Nie trzeba wzywać policaj. Ja przedstawić. Ja nazywam Hans Walther.

Odruchowo dygnęła.

— Barbara Działdowska.

Obdarzył ją kolejnym uśmiechem. Zabawnie zmarszczył czoło. Sprawiał wrażenie, jakby próbował zapamiętać trudne polskie nazwisko.

— Ja do pan Katschmarek mieć duża sprawa… On może wiele pieniądze zarobicz.

Aha, kochanieńki, chcesz wleźć za mną do środka. Niedoczekanie.

— Niestety, pan Kaczmarek przebywa poza biurem. Nie mam bladego pojęcia, kiedy wróci.

Walther wydął policzki, nadając twarzy kształt elipsy. Miał chyba problem ze zrozumieniem, dlaczego dziewczyna mówi o kolorach, bo dobrą chwilę zajęło mu sformułowanie riposty.

— Bardzo to nietoprze. Ja spieszyć, jutro z rana jechać dalej. Panienka przekaże pan Katschmarek, że czekam w hotel Bazar, pokój sto i dwadzieścia i osiem. Godzina nieistotna — to bardzo waszne. Oto mój bilet wizytowy.

Podał jej wizytówkę, trzęsąc się przy tym jak galart. Wyglądało to tak komicznie, że z trudem pohamowała wybuch śmiechu.

— Do wicenia panienka. Nie zapomnieć powiedzieć pan Katschmarek.

— Do widzenia, na pewno wszystko przekażę.

Kiedy na schodach ucichły ciężkie kroki, z ulgą weszła do biura. W tym momencie huknęło niedomknięte okno. Głośno westchnęła i pośpieszyła je zamknąć. Cały Antek, wiecznie z głową w chmurach. Inna sprawa, że złodzieje nie mieli tu szans na bogate łupy. Kryzys niby minął, ale biuro ledwo wychodziło na swoje. Spojrzała na zegarek. Późno. Na Antka czekać nie może. Na biurku zostawiła papiery, dołączając do nich wizytówkę grubasa oraz wyrwaną kartkę z nazwą hotelu, numerem pokoju i innymi dyrektywami na cały dzień. Najważniejsze, żeby zajął się sprawą starego Karolaka, który podejrzewał, że żona go zdradza. Ale jak się bierze kobietę młodszą o trzydzieści pięć lat, to czego się spodziewać? Karolak zyska pewność, za którą słono zapłaci. W południe Kaczmarek miał wyznaczone spotkanie z nauczycielem z Obornik szukającym brata, zaginionego na hiszpańskiej wojnie, a dokładnie podczas powrotu do domu. Na siedemnastą umówiła spotkanie z piłkarzami. Co za czasy, skoro nawet w sporcie znajdzie się praca dla detektywa. Świat schodzi na psy. Barbara po namyśle dodała jeszcze w planie dnia ostrzeżenie, żeby uważniej zamykać okna. Biuro mieściło się co prawda na pierwszym piętrze, ale ostrożności nigdy za wiele. Skontrolowała godzinę. Do wykładu zostało dwadzieścia minut, ale profesor Knyszyński spóźnialskich nie wpuszczał na salę. W tym czasie musi podlać dwie smętne paprotki i dojść na Fredry. Z Koziej 20, tuż przy Wrocławskiej, daleko nie miała. Przed wyjściem pochyliła się po raz ostatni nad kartką i dopisała, że spotkanie w Bazarze jest bardzo ważne, bo klient wygląda solidnie. Słowo „solidnie” podkreśliła dwukrotnie.

 

Doktor Pawlicki mieszkał i prowadził praktykę przy placu Nowomiejskim. Oprócz tego pracował w szpitalu Elżbietanek i kierował przychodnią dla morfinistów. Był bardzo zajętym człowiekiem. Plac, enklawa zieleni w centrum Poznania, dawał ułudę podmiejskiej sielanki dzięki rozłożystym drzewom i bujnym krzewom — jeśli tylko ktoś potrafił

zapomnieć o przejeżdżających przez środek tramwajach. Kaczmarek nie był w nastroju do kontemplowania uroków otoczenia. Dotarcie tutaj kosztowało go sporo wysiłku. Marzł bez utraconego palta, brak kapelusza ranił jego dumę. Każdy krok przypominał o chwaliszewskim upokorzeniu.

Chcąc uzyskać pomoc Pawlickiego, musiał wejść na drugie piętro, choć nie miał gwarancji, że zastanie przyjaciela. Schodów bał się jak diabli. Słusznie. W pamięć wrył mu się każdy stopień. Szczęście uśmiechnęło się do niego — Pawlicki właśnie wychodził. Stan Antoniego przeraził doktora.

— Antek, na rany Boga, co się stało?

Detektyw westchnął.

— Cóż, starzejemy się, doktorku!

Lekarz doskoczył do poturbowanego, by pomóc mu pokonać ostatnie półpiętro. W gabinecie opatrzył rany, przyniósł świeże ubranie, po czym zostawił detektywa samego. Próbując włożyć koszulę, Kaczmarek zahaczył ręką o żeliwną miskę, zajmującą drugą połowę kozetki i przy wtórze przekleństw w ostatniej chwili uchronił ją przed

upadkiem. Z ich dwojga poobijane naczynie prezentowało się zdecydowanie lepiej. Tak przynajmniej wynikało z odbicia w lustrze. Z sąsiedniego pokoju doszły go strzępy rozmowy telefonicznej:

— …niech siostra przekaż, ż przyjdę za godzinę…. Tak, tak, sprawy rodzinne…

Uśmiechnął się, co przypłacił ukłuciem bólu. Miło, że traktują go tu jak krewniaka. Znali się od powstania. Pawlicki był wtedy sanitariuszem. Kaczmarkowi od razu przypadł do serca ten chudzielec o nieobecnym spojrzeniu. Różniło ich w zasadzie wszystko. Antoniego wybuch wojny zastał w Westfalii, gdzie pracował w kopalni. Stamtąd trafił do armii cesarskiej, a po przeszkoleniu na front francuski. Późniejszy doktor o walkach czytał w gazetach. Dopiero na wieść o wybuchu powstania w Poznaniu bez namysłu rzucił studia medyczne w Breslau i przyjechał, by czynnie dowieść patriotyzmu. Marzycielskie spojrzenie znikało, kiedy pod ostrzałem trzeba było ratować rannego.Pawlicki odwagą zaskarbił sobie szacunek rówieśnika ze znacznie większym doświadczeniem frontowym. Słysząc kroki zapowiadające powrót lekarza, Antoni wzmógł wysiłki, by włożyć koszulę. W końcu jednak to doktor pomógł mu się ubrać. Na szczęście mieli w miarę podobne sylwetki, więc pożyczone ubranie pasowało. Nadszedł czas wyjaśnień.

— Antek, mów, co się stało.

— Eee, nic wielkiego. Praca. Powiedz lepiej, co u Krysi?

Pawlicki westchnął. Kaczmarek nigdy nie był skory do zwierzeń.

— Jest na zebraniu Pań Wincentek u Świętego Marcina. Krzysiek i Rysiek w szkole.

Miło słyszeć. Przynajmniej Lechowi Pawlickiemu powiodło się w życiu. Dobra praca i kochająca rodzina. Przestał wyglądać jak szkielet. Tylko w tej dziedzinie osiągnięcia detektywa były porównywalne.

— Pozdrów ich od wuja Antka. No, na mnie pora…

Energicznie wstał, ale gdy tylko oparł się na obolałej nodze, syknął z bólu i ponownie opadł na kozetkę. Doktor był na to przygotowany.

— Poczekaj, przyniosę ci laskę po nieboszczyku teściu.

Antek zacisnął zęby i stanął samodzielnie.

— Nic mi nie jest. Daruj sobie… Pacjenci czekają.

Lech pokiwał głową. Nie chciał wracać do wielokrotnie omawianych tematów, ale w ich wieku człowiek musiał już poważnie pomyśleć o przyszłości. Wściubianie nosa w nie swoje sprawy to dopraszanie się o kłopoty. A zajmowanie się tym zawodowo… szkoda gadać!

— Antoś, Antoś… wiesz, że siwiejesz?

Kaczmarek spojrzał na doktora wilkiem. Nie do wiary! Co za impertynencja.

— A ty spuchłeś jak wieprzek.

Zapadła niezręczna cisza. Antoni poczuł się głupio. Nachodzi człowieka w domu i jeszcze mu ubliża.

— Masz papierosa?

Pawlicki bez słowa podał paczkę, a chwilę później przypalił „Sfinksa”. Antek nie protestował, choć nie znosił tej marki. Niestety, doktor żywił takie same uczucia do ulubieńców detektywa — „Aristonów”. Wypadało teraz coś powiedzieć, żeby nie rozeszli się w gniewie.

— Cholera, nie jest dobrze. Dranie zniszczyli moją leicę. Nie stać mnie na nowy aparat. Psia krew, stary, nie wiem, co dalej…

Doktor spojrzał Kaczmarkowi w oczy.

— Rozumiem, ale…

— Rozumiesz? Tobie nikt nie zabierze gabinetu. Masz posadę w szpitalu… A ja, bracie, czuję, jak psieję. Bieganie za zdradzającymi małżonkami! Cholera, nie tak to miało wyglądać. Coś we mnie pękło. Tracę instynkt. Dawniej by mnie tak nie podeszli. Rozumiesz?

Szczerość Kaczmarka zdumiała lekarza. Tyle o sobie nie opowiedział od wojny. Detektyw też uznał, że przesadził.

— Stary… Przepraszam, poniosło mnie. Dzięki za pomoc. Muszę znikać. Ciuchy oddam, jak będę mógł najszybciej. Krysię pozdrów. I szczunów.

— Antek, zaczekaj. Z ubraniem nie ma pośpiechu. Mamy do pogadania. Krysia martwi się o ciebie. Znaczy oboje z Krysią martwimy się. — Pawlicki wyjął portfel i wyciągnął banknot z księciem Pepi. Po chwili wahania dodał dwie następne stówki. — To pożyczka. Na aparat. Widziałem ostatnio coś podobnego na wystawie Gregera…

Kaczmarek złapał doktora za ramię.

— Lechu, dzięki! Ale jeszcze sam załatwiam swoje sprawy. A ty myśl przede wszystkim o rodzinie. Tej prawdziwej. Nie o życiowych kalekach. Są lombardy. Nie masz pojęcia, jakie okazje się tam trafiają.

Doktor rzeczywiście nie miał pojęcia, fortuna wciąż się do niego uśmiechała. Antek niezdarnie pokuśtykał w stronę drzwi. Samodzielny, honorowy. Pawlicki oglądał wysiłki przyjaciela ze smutkiem, ale wiedział, że do pewnych spraw nie ma co wracać. Zbyt wiele razy próbował. Przy drzwiach Kaczmarek się odwrócił.

— Czasami myślę, co by się stało, gdyby wtedy siostry wybrały odwrotnie. Maryśka pewnie by żyła… Przy tobie byłoby jej… — Pauza. Głośne przełknięcie śliny. — Jeszcze raz dzięki za wszystko.

Lekarz odprowadził detektywa wzrokiem. Spotkania z Antkiem przywoływały wyrzuty sumienia. Dwóch przyjaciół. Dwie bliźniaczki, nie potrafiące zdecydować, którego kawalera wybrać. W końcu zdały się na ślepy los. Starożytni nazywali to palcem Boga. Pamiętał każdy szczegół, jakby wszystko wydarzyło się wczoraj. Sobotni wieczór. Rok 1923. Okrągły stolik, tabliczka quija i czwórka szczeniaków gotowych powierzyć jej życie. Oraz śmierć. Bo teraz zostało już tylko dwóch przyjaciół i jedna siostra. Rzeczywiście, gdyby Maryśka wyszła za niego, wszystko potoczyłoby się inaczej.

 

Podinspektor Protazy Zadworski z lubością spoglądał na dyplom uznania od samego wojewody. Oprawiony wkrótce zawiśnie na ścianie obok innych świadectw błyskotliwej kariery. Poranne promyki nieśmiało muskały parapet najprzestronniejszego gabinetu na pierwszym piętrze Prezydium Policji przy ulicy 3 Maja. Właściwie przy placu Wolności, bo tak brzmiał oficjalny adres — kolejny miejscowy idiotyzm, triumf „porzundku” nad logiką. Policjant tryskał wyjątkowo dobrym humorem. Mimo pięćdziesięciu trzech lat prezentował się doskonale. Nienaganna, świecąca brylantyną fryzura. Pokaźny brzuch ledwie mieszczący się za biurkiem dodawał powagi. Okulary w złoconej oprawie trzymały się na rzymskim nosie godnym Cezara, nieco łagodząc marsowe oblicze — postrach podwładnych i kryminalistów. Całości dopełniał sygnet i sporych rozmiarów zapinka do krawata, jedno i drugie z czystego złota, symbole społecznego prestiżu. Tak mógł wyglądać tylko cholernie dobry policjant. Zbyt dobry jak na zafajdaną Beocję. Któregoś dnia fortuna się odwróci. Warszawa, Kraków czy Lwów czekają. Dziś zresztą powody do świętowania i radości były podwójne. Patriotyczne można powiedzieć. Wysiłkiem całego narodu przywrócono macierzy tereny Zaolzia, zajęte podstępem przez zdradzieckich Czechów w 1919 roku. Rzeczpospolita udowodniła, że jest mocarstwem. Powagę chwili uznała nawet endecka szmata, pożal się Boże, „Kurier Poznański”. Z błogich rozmyślań wyrwało

podinspektora energiczne pukanie.

— Chwileczkę. — Pośpiesznie schował dyplom do szuflady. — Wejść.

Młody człowiek w policyjnym mundurze stuknął obcasami.

— Panie inspektorze, raport z terenu odnośnie…

Zniecierpliwiony Zadworski machnął ręką.

— Wystarczy, aspirancie. Wiem, o co chodzi. Podać maszynopis — CO?! Ile razy mam powtarzać, że obieg dokumentów ma się odbywać w formie maszynopisu. Żadnych odręcznych notatek. Migiem poprawić.

Młody policjant skulił się ze strachu.

— Tak jest, panie inspektorze!

Teraz cały rytuał odbył się w odwrotnej kolejności. Najpierw strzeliły obcasy, a po krótkiej chwili za mundurowym zamknęły się drzwi. Zadworski zyskał cenne minuty. Pisanie na maszynie nie było najmocniejszą stroną poznańskiej policji. Mógł w spokoju oddać się dalszej kontemplacji dyplomu.

 

Kiedy Działdowska w końcu wyszła z biura, ukryty w suterenie Walther opuścił kryjówkę i bez śladu zadyszki wbiegł na pierwsze piętro, co przy jego tuszy stanowiło osiągnięcie nie lada. Zamek w drzwiach nie stanowił żadnego wyzwania. W mieszkaniu podbiegł prosto do okna i otworzył je. Z gzymsu wgramolił się do środka szczupły mężczyzna, ciężko dysząc i soczyście przeklinając po niemiecku.

— Nareszcie. Diabli nadali to babsko. Myślałem, że zlecę na pysk…

— Spokojnie, Fritz, wszystko miałem pod kontrolą. W ostateczności bym ją uciszył. Znikamy. Nic tu po nas.

Na ulicy Fritz wszedł do pierwszego sklepu i zamówił wodę sodową. Przy wydawaniu reszty wszczął awanturę, bo ekspedientka rzekomo go oszukała. Walther siłą odciągnął od sklepowej lady kompana kłócącego się o marne polskie grosze i posłał sprzedawczyni przepraszający uśmiech. Grubas starał się nie przyciągać zbędnej uwagi, a wyglądający przy nim jak przecinek Fritz zachowywał się niczym słoń w składzie porcelany. Dopiero gdy wmieszali się w poranny tłum na Starym Rynku, na wysokości knajpy Pfitznera, Walther zagadnął półgłosem:

— Znalazłeś coś?

— W sumie tak. Od jakichś trzech lat nie miał poważnej sprawy — sama drobnica. Potwierdzają się nasze informacje. Pieniędzy na pewno potrzebuje. Z policją też dobrze nie żyje, nie poleci do nich, jeśli coś wywęszy.

Sehr gut. To właściwy człowiek. Doskonale nadaje się do zadania. To będzie jego ostatnie zlecenie. Ukoronowanie kariery.

Fritz uśmiechnął się. Hans Walther nie miał skrupułów. Mówiono, że bez mrugnięcia okiem poświęcił życie siostry, by wykonać pewną misję. Dlatego był najlepszy. Perfekcjonista w każdym calu, zawsze doskonale przygotowany. Ale Fritz i tak miał wątpliwości.

— Hans, po co ten Polaczek? Wszystko mogę zrobić z moimi chłopakami… Nie ufacie mi?

Na odpowiedź przyszło mu poczekać, bo rozdzieliła ich grupa gimnazjalistek zawzięcie spierająca się o wyższość Aleksandra Żabczyńskiego nad Eugeniuszem Bodo bądź odwrotnie.

— Fritz, jakbyśmy ci nie ufali, nie pracowałbyś z nami. Tłumaczę kolejny raz: Niemiec węszący w Posen wzbudzi natychmiastowe zainteresowanie, a na Katschmarka pies z kulawą nogą nie zwróci uwagi. Ty będziesz go pilnował. Obiecuję, że jeśli zdecyduję o uciszeniu pana detektywa, zajmiesz się tym ty. Wtedy i tylko wtedy. Wyrażam się jasno?

Fritz ociągał się z odpowiedzią. Rozzłoszczony Walther gwałtownie przystanął.

— Czekam!

Szczupły mężczyzna niechętnie skinął głową.

— Lepiej, żeby tak było — wycedził powoli Walther. — Co z drugim problemem?

Fritz wzruszył ramionami.

— Co ma być? Dyskretnie ustalamy szczegóły. Ale to potrwa.

— Daj do tego byle żółtodzioba, to sprawa drugorzędna, odkurzona przez jakiegoś ramola z Berlina. Najważniejszy jest Katschmarek.

Fritz przytaknął. Dawno wszystko zrobił. Niech Walther w końcu wyjedzie z Posen.

 

Podinspektor pobieżnie przeglądał raport. Bełkot bez polotu. Blat biurka nieprzyjemnie wpijał mu się w brzuch, ale przy podwładnym nie chciał okazywać żadnych słabości. Myślami był już poza Prezydium. Ostatnio obdarzył zainteresowaniem pewną kupcową, również pochodzącą z Galicji, niepomiernie znudzoną beznadziejnym mężem

i wątpliwymi rozrywkami Poznania. Na razie jednak był w pracy, gdzie wyprężony jak struna aspirant czekał na wskazówki. Zadworski pokiwał głową.

— Jak się nazywasz, chłopcze?

Znał oczywiście nazwiska wszystkich podkomendnych, ale przyglądanie się katuszom głupawego policjanta podczas dukania odpowiedzi sprawiało mu niekłamaną satysfakcję.

— Aspirant Szubert.

— Świetnie, aspirancie Szubert. Przez jakie żet pisze się „trzech”?

— Przez samo żet, panie inspektorze.

Zadworski uśmiechnął się z pobłażaniem.

— Przez „rz”, aspirancie Szubert. Jeśli organa państwowe nie będą dawały dobrego przykładu w zakresie języka, to do czego nas to doprowadzi?

— Do anarchii — odparł bez zastanowienia aspirant.

Podinspektor potwierdził skinieniem głowy.

— Właśnie, do anarchii. A teraz, Szubert, poprawcie raport i zanieście dyżurnemu.

Podinspektor udał, że pochłonęły go leżące na biurku dokumenty. Młodzik ani drgnął. Powoli podniósł na niego wzrok. Pod mundurem rysował się niewielki brzuszek. Oj, nie dba o siebie dzisiejsza młodzież. Jak długo stał tu ten szczeniak? Doskonała machina biurokratyczna podinspektora zgrzytnęła.

— Jeszcze coś?

Zamiast odpowiedzi padło pytanie. Dość głupie zresztą.

— Czy to wszystko, panie inspektorze?

Brwi Zadworskiego uniosły się w bezbrzeżnym zdumieniu. Niewiarygodne, ten poznańczyk był o dwie klasy bardziej zakutym łbem niż pozostali.

— Wszystko, wszystko. Robicie, Szubert, postępy. Wracajcie do pracy.

Aspirant nerwowo przestąpił z nogi na nogę.

— Ośmielę się zwrócić uwagę pana inspektora na cztery przypadki zagryzienia. To…

Dobroduszny uśmiech zniknął z twarzy Zadworskiego. Wyskoczył zza biurka. Młodemu idiocie uroiło się, że jest w służbie zewnętrznej.

— Szubert! Nie ośmielajcie się. Mam na głowie delegację z ministerstwa, a nie jakieś bzdury dla hyclów. Tu jest Policja Państwowa! Nie ma wilków, niedźwiedzi i innych bestii w Poznaniu! To nie cholerne Polesie czy inna Huculszczyzna. A teraz zabieraj się stąd, bo jeszcze słowo, a dostaniesz krawężnik na Głównej albo jak Boga kocham, wyślę cię do tych wilków.

Młody policjant w popłochu wykonał rozkaz. Kiedy zamknęły się za nim drzwi gabinetu, podinspektor opadł na fotel. Niepotrzebnie się zdenerwował. Otworzył szufladę. Na jej dnie, w dobrze zakorkowanej karafce spoczywało lekarstwo na uspokojenie. Co za dzień. A jeszcze nie zaczął się na dobre.

ostatnia aktualizacja: 13 listopada 2016, katarzyna


2 odpowiedzi na Bohdan Głębocki, Musza Góra

  1. fanka historii // 3 maja 2016 o 21:23 // Odpowiedz

    Czytałam. I poza wciągającą fabułą, jest tam bardzo obrazowo odmalowana Polska przedwojenna, atmosfera, ludzie, ich myślenie. Z tej książki naprawdę wiele dowiedziałam się o Polsce lat 30. XX wieku. Podziwiam autora, że potrafił to tak napisać

  2. Bardzo dobry, żywy opis tużprzedwojennej rzeczywistości, poznański folklor ciekawy dla kogoś z Kongresówki, wiarygodni bohaterowie – choć z tendencją lekko narcystyczną w przypadku detektywa Kaczmarka – i punkt wyjścia intrygi pomysłowy, za to później autora fantazja ponosi. Grzybów w ezoterycznym barszczu dziesiątki i czytałam to z narastającą, rozbawioną myślą: chłopie, i co jeszcze?! Niemniej czyta się fajnie i ciekawa jestem, co autor wymyślił w ciągu dalszym. Mam nieodparte wrażenie, że w Muszej Górze tak się rozhulał, że po prostu nie mógł z tego wyjść i sequel był nieuchronny.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.


*