Arkadiusz Rączka, Herezja

Średniowieczna powieść drogi szlakiem katarskiej i mandejskiej herezji, trubadurów, templariuszy i asasynów. Od langwedockich zamków po syryjskie twierdze. Miłość, śmierć, inicjacje i duchowe przemiany. Walki krzyżowców z Saracenami, których kulminacją jest z rozmachem odmalowana bitwa pod Hattin (1187 r.), pałacowe intrygi w Damaszku, polityczne zawirowania na europejskich dworach. Dużo rzetelnej historii, barwnej i wartkiej fabuły, średniowiecznej filozofii i gnozy. Wydawnictwo Totem Publisher
Recenzje:http://love-coffee-and-books.blogspot.com/2016/10/herezja-arkadiusz-raczka.html

https://sztukater.pl/ksiazki/item/19015-herezja.html

 

Fragment powieści:

ROZDZIAŁ 2
Stromą ścieżką schodziło kilku mężczyzn, prowadzili konie za uzdy. Wiatr przybierał na sile, kołysząc wierzchołkami cypry­sów i rozwiewając płaszcze wędrowców. Tutaj zbocza opadały ku dolinie łagodniej niż urwiste przepaście z drugiej strony skaliste­go grzbietu, mimo to droga była niebezpieczna. Stąpali ostrożnie po śliskich kamieniach, jeden za drugim. Tuż za nimi zdawały się podążać trzy niedostępne zamki, przypominając gigantycznych pielgrzymów zatopionych we własnych myślach.
Potężny Caba­rez, dostojny Surdespine i strzelisty Quertinheux. Gaston, od­rzuciwszy kaptur płaszcza na plecy, szedł z odsłoniętym czołem na czele pochodu. Jego włosy były spięte w koński ogon, co wraz z kilkudniowym gęstym zarostem czyniło go podobnym do ry­cerzy rabusiów zwanych routiers, napadających na podróżnych. Za Gastonem człapał przerastający go o głowę stwór, którego z daleka można było wziąć za wychudzonego wilkołaka, gdyż nosił przedziwne futro z doszytym z tyłu ogonem i nakryciem głowy zwieńczonym wilczym pyskiem. Pochód zamykała grup­ka sług mocujących się na zmianę z jucznymi końmi i z psami, które od czasu do czasu doskakiwały do stwora, tarmosząc za ogon, czym doprowadzały go do szału. Pod przebraniem krył się Peire Vidal, syn kuśnierza, bardziej znany światu jako słyn­ny trubadur. Przywdział ten ubiór w ramach żałoby po śmierci Wilczycy. Kazał go uszyć jeszcze za jej życia, gdy pragnął zrobić na niej wrażenie i wystąpić w roli wilka. Opłacił pasterzy, by urzą­dzili na niego polowanie. Ci wywiązali się z zadania aż nazbyt dobrze. Spuścili na niego owczarki, a potem tłukli kijami, dopó­ki nie stracił przytomności. Następnie przerażeni swoim czynem zanieśli Vidala do zamku Cabarez, gdzie opatrzono mu rany.
Dla Gastona zaszczytem było gościć jeśli nie najlepszego, to na pewno najbardziej szalonego spośród trubadurów, więc chętnie przyjął go na dwór, licząc, że Na Loba zachowa wierność i nie da się zwieść jego słodkim słówkom. Większość panów utrzymywa­ła na swoich zamkach trubadurów, którzy często okazywali się zwykłymi darmozjadami, zajmującymi się głównie uwodzeniem żon. Trudno było w tych czasach o rycerskie hełmy bez jelenich rogów, mimo że ideały dworskiej miłości zakładały raczej czysto platoniczne i wzniosłe uczucia. Tak czy owak, jeśli w Langwedo­cji chciało się mieć opinię dwornego pana, trzeba było zapraszać jak najwięcej trubadurów, co też Gaston czynił. Vidal przybył do Cabarez nieco ponad rok temu. W ubiegłą zimę szedł tą samą drogą przy podobnej pogodzie i układał canzo o Na Lobie. Po­stanowił je teraz uroczyście zaintonować, wzbudzając ożywienie wśród psów, które natychmiast zabrały się do wycia. Na twarzach sług pojawiły się drwiące uśmiechy. Nie mieli zbyt wysokie­go mniemania o Vidalu ani o jego sztuce. Ten jednak nie dbał o nich i śpiewał swoje w najlepsze.

Et ab joi li er mos treus

Entre gel e vent e neus

La Loba ditz que seus so,

Et a.n be dreg e razo

Que, per ma fe, melhs sui seus

Que no sui d’autrui ni meus.

Gaston aż przystanął z wrażenia. Miał zwyczaj znosić cierpie­nie w milczeniu – zachowanie Vidala nie przypadło mu do gustu.
– Przyjąłem cię na swój dwór jako trubadura, a nie błazna! – rzucił oschłym tonem.
– Oddanie czci twojej żonie uważasz, panie, za błazeństwo? – rzekł Vidal do głębi urażony tą uwagą.
– W tym paradnym stroju owszem! – odrzekł Gaston.
Vidal w odpowiedzi skłonił głowę i dwornym gestem poło­żył dłoń na sercu.
– Wybacz, panie! Ale przysiągłem przed Bogiem, że nie zdej­mę tej pokutnej szaty, dopóki nie opuszczę Montagne Noire.
– A niech cię diabli, Vidal! – warknął Gaston, machnął ręką i bez dalszych wyjaśnień skierował się na Via Romana, którą dalej podążyli do Salsigne.

W karczmie w Salsigne czekali pozostali słudzy Gastona. Część z nich ładowała prowiant do wozów, inni doglądali wierz­chowców. Gaston zamierzał się tu zatrzymać jedynie na krótki po­pas i ruszyć do Carcassonne. W obszernym wnętrzu wysokiej na dwa piętra oberży z przybudówką wystającą z lica budynku stało wiele stołów z ławami i szynkwas. Nie było jednak nikogo prócz krępego jegomościa o okrągłej twarzy, który raczył się winem z kie­licha. Na ich widok omal się nie zakrztusił. Zerwał się z siedziska z nieoczekiwaną, wręcz młodzieńczą werwą i zgiął w ukłonie.
– Jakie wieści, Pons? – zapytał Gaston. Pons był jego gierm­kiem, którego parę tygodni wcześniej wysłał za Rogerem. Mar­twił się o syna zwłaszcza po tym, co usłyszał o jego wyczynach w Puivert. Nie pochwalał tego pojedynku, uważał, że walczyć o wiarę powinno się w Ziemi Świętej lub w Hiszpanii z Maurami, ale nie w Langwedocji. Czasy Karola Młota już dawno minęły.
– Panie, powiedziano mi, że będziesz tędy przejeżdżał i…
Gaston przerwał mu z niecierpliwością.
– Nie kłam. Gadaj, gdzie Roger?
– Jechałem za nim trop w trop, co nie było łatwe, bo młody pan wybrał… – rzekł Pons z błyskiem w oczach i zrobił drama­tyczna pauzę – …bardzo zawiłą ścieżkę. Co chwila więc coś mnie zbijało z tropu…
– Do rzeczy, Pons!
– Młody pan wstąpił do zakonu templariuszy! – słowa te słu­ga wypowiedział z dumą i namaszczeniem. Sprawiał wrażenie, jakby od dawna obracał je w myślach i czekał na moment, by uro­czyście wyrecytować nowinę.
Z piersi Gastona dobył się głośny śmiech. Zakłopotany Pons zachodził w głowę, cóż może oznaczać ta reakcja.
– Najpierw broni katarów, a potem wstępuje do zakonu, któ­ry jest oczkiem w głowie papieża?
– Templariusze zawsze dobrze żyli z katarami – odpowie­dział Pons. – Mój wuj także walczył dla zakonu, a potem przyjął consolamentum.
Na twarzy Gastona pojawił się grymas niesmaku.
– Jako ludzie miecza nie powinniśmy nawet wymawiać tego słowa, co za obłęd z tym consolamentum! Wiesz chociaż, w której jest komandorii?
Pons zmieszał się i wykonał przeczący ruch głową.
– W takim razie masz natychmiast ruszyć w drogę i się tego dowiedzieć, rozumiesz?!
– Co tylko każesz, panie! – rzekł Pons, po czym ukłonił się, zamierzając jak najszybciej spełnić żądanie Gastona.
– Czekaj – powstrzymał go. – Masz tu sakiewkę, zawieziesz Ro­gerowi list z potwierdzeniem, że jest kasztelanem Quertinheux. Cho­ciaż nie, bo jak list wpadnie w łapy templariuszy, to wyrwą mu zamek pazurami; zawsze chcą donacji od świeżo przyjętych. Lepiej jak mu wszystko przekażesz ustnie i powiedz mu też, że… – Gaston zawahał się, nie wiedząc, jakie słowa byłyby najwłaściwsze. – Powiedz mu, że bardzo żałuję swojej niedorzecznej groźby, słów o wydziedziczeniu. Rozpacz zaćmiła mi umysł. Tylko on i Jourdain zostali mi na świe­cie… Oddałbym im wszystko… Powiedz mu to, Pons!
Pons uklęknął przed Gastonem i ucałował pierścień na jego dłoni, po czym odszedł szybkim krokiem, by przygotować się do odjazdu.
Po wyjściu sługi Gaston przywołał oberżystę, żeby dowie­dzieć się więcej o zdarzeniach, które poprzedziły wypadek Na Loby. Już wcześniej doniesiono mu bowiem, że tej samej nocy w oberży został zamordowany poseł hrabiego Trypolisu, któ­ry objeżdżał langwedockie zamki, werbując rycerzy do walki z Saracenami. Sytuacja w Ziemi Świętej była bardzo napięta i lada moment mogło dojść do zerwania rozejmu z Saladynem lub do wojny domowej między zwaśnionymi krzyżowcami. Ga­ston dopiero od niedawna zdawał sobie sprawę z powagi sytuacji. W obliczu śmierci jego żony wszystko inne straciło znaczenie i niemal do tej chwili nie zaprzątał sobie głowy ową zbrodnią, mo­gącą mieć przecież poważne następstwa polityczne. Trudno było odgadnąć, kto zyskiwał na zamachu na dostojnika z zamorskiego kraju. Śledztwo trwało. Żywotnie zainteresowany jego wynikami był hrabia Tuluzy, spokrewniony z trypoliskim rodem, również Trencavelowi zależało na jak najszybszym rozwikłaniu sprawy.
Oberżysta chętnie udzielał odpowiedzi. Na prośbę Vidala zgodził się pokazać izbę, w której poseł zakończył swoją misję. Wspięli się na poddasze i weszli do alkierza z belkowanym stro­pem. Chropowate ściany były świeżo pobielone wapnem.
– Nie można było tego doszorować – rzekł oberżysta. – Wszędzie krew!
Dowiedzieli się, że syna hrabiego znaleziono z wbitym w szyję puginałem. Gospodarz twierdził, że zastał drzwi od wewnątrz za­mknięte na skobel, więc zabójca musiał się dostać przez okno. Zbyt małe jednak, by mógł się przez nie przecisnąć mężczyzna normalnej postury. Poza tym zastanawiało to, że żadna dachówka nie została uszkodzona. Zdaniem oberżysty była to sprawka sił nieczystych.
– I co o tym sądzisz? – zapytał Gaston Vidala.
– Czy to nie twoi milites, panie, twierdzili, że najprawdopo­dobniej jedyną osobą, która widziała śmierć Na Loby, był pewien tajemniczy karzeł, który przybył do gospody przy castrum?
– Tak, i co z tego? – odrzekł Gaston.
– Karzeł mógł wkraść się przez to okno, zmieściłby się – wyja­śnił Vidal. – Potem, uciekając, zmylił drogę i dotarł nad Gresilhou.
– Sugerujesz, że zabił też moją żonę?
– Dlaczego nie?
– Nie myślisz chyba, że jakiś karzeł wałęsał się po moich wło­ściach w czas zamieci i dla rozrywki zabijał, kogo popadło?
– Nie kogo popadło, tylko dobrze urodzonych.
– Ale z jakiej, do diabła, racji miałby to czynić!?
– Diabłu nie trzeba wielu powodów – wtrącił oberżysta i na wszelki wypadek szybko się przeżegnał.
Gaston bez słowa ruszył w dół schodów i wyszedł z karczmy, by zaczerpnąć powietrza. Nie wierzył w tę wersję wydarzeń – żadnych dowodów, same poszlaki. Kto i dlaczego miałby zabić jego żonę? Jed­nak już sama możliwość takiego przebiegu wydarzeń niemal zwaliła go z nóg. Usiadł na przydrożnym kamieniu i wbił wzrok w przestrzeń. Krew pulsowała mu w skroniach. Zacisnął dłoń na rękojeści miecza. Słudzy omijali go szerokim łukiem, dobrze wiedząc, że taki stan mógł zwiastować napad furii. Wtedy lepiej było trzymać się z daleka.

Późnym popołudniem Gaston i jego świta dotarli do przed­mieść Carcassonne. Zatrzymali się nad brzegiem szeroko rozlanej rzeki zwanej Audą. Tuż za nią, na wzniesieniu, ciągnęły się po­tężne wały z niezliczonymi basztami, które wraz z fosą otaczały miasto. Warowne mury były tak wysokie, że ledwie dawało się dojrzeć wieże zamku Trencavela oraz iglice kościoła świętego Na­zariusza.
Gaston zwrócił się do Vidala.
– Czy wiesz, skąd się wzięła nazwa Carcassonne?
Vidal wiedział wszystko o Tuluzie czy Barcelonie, bo w tych miastach spędził wiele lat, ale włości Trencavela do niedawna były mu całkiem nieznane, mógł tylko przecząco pokręcić głową.
– Jak głosi legenda – zaczął opowiadać Gaston – saraceńska księżniczka Carcas, z tej kwadratowej wieży zwanej Pinte – widzisz ją za murami – rzuciła świnię obżartą zbożem pod nogi Frankom, którzy oblegali zamek. A dowodził nimi sam Karol Wielki. Nie wiedział on jednak, że owa dama nakazała mieszkańcom przynieść wszelką żywność, jaka jeszcze pozostała, i że dostarczono jej jedynie maciorę i garniec pszenicy. Księżniczka poleciła nakarmić zwierzę i rzucić je z murów. Cesarz pomyślał, że skoro ciskają w niego żyw­nością, nie może brakować jej w zamku, i zarządził odwrót. Nie zdołał skruszyć murów, ale wcześniej zdobył serce księżniczki, bo kiedy wraz ze swoją armią zaczął się oddalać, Carcas z rozpaczy, że na zawsze straci swojego platonicznego kochanka, nakazała bić w dzwony i otwierać bramy. Karol oczywiście nie omieszkał sko­rzystać z zaproszenia i wjechał do miasta.
Vidal uśmiechnął się kwaśno.
– Od razu widać, że to miasto trubadurów – rzekł z ironią, jakby zapominając, że sam jest jednym z nich.
– A jakże! – przytaknął Gaston, po czym zwrócił się do swo­ich ludzi i rzucił gromko: – Zapamiętajcie ten widok, bo nie wia­domo, czy jeszcze kiedyś go zobaczycie!
Spojrzał na Vidala, klepnął go w ramię, dodając Deus le Volt!, i ruszył dostojnym kłusem przez drewniany most.

Do Carcassonne wjechali Bramą Audańską, mogli więc od razu skierować się do pobliskiej twierdzy Trencavela. Gaston po­stanowił jednak zrobić krótki objazd, żeby pokazać miasto Vi­dalowi. Ruszyli ku zadbanym dzielnicom, podziwiali kupieckie domy z ogrodami otoczonymi przez wysokie parkany, znad któ­rych wystawały cyprysy i rozczochrane palmy. Nawet zimą było tu więcej zieleni niż w północnych miastach wiosną. Potem wje­chali w tętniącą życiem ulicą Narbońską, mijając liczne tawerny i warsztaty rozmieszczone na parterze wysokich kamienic. Z ich okien i balkonów wyglądały znudzone mieszczki, prowokując urodą, aby następnie odegrać rolę świątobliwych niewiast, gdy jakiś mężczyzna postanowił je zagadnąć. Z uchylonych drzwi dochodziła woń potraw przyprawianych prowansalskimi zioła­mi, stukot narzędzi rzemieślników i przede wszystkim dźwięki wesołych pieśni, które śpiewano niemal w każdej tawernie. Miał rację Vidal, mówiąc, że to miasto trubadurów. Nawet sprzedawca urzetu barwierskiego lub orientalnych przypraw mógł trzymać pod ladą lutnię czy violę, a to oznaczało, że sławę miał w zasię­gu ręki. Niejeden artysta grający dzisiaj na ulicy mógł jutro na dworze Trencavela zyskać konia z rzędem i pękatą sakiewkę, nie wspominając o wielkim uznaniu możnych pań i panów.
Wkrótce ujrzeli dwie stojące obok siebie baszty połączo­ne murem, w którym znajdowała się brama wjazdowa do zam­ku Trencavela. Z okien pięciu zamkowych wież widocznych od frontu zwieszały się czarne chorągwie, łopocząc na wietrze. Wjechali szybkim kłusem na dziedziniec, stanęli na wprost palatium skła­dającego się z przysadzistego donżonu i niższego podłużnego budynku, w którym znajdowała się część mieszkalna. Budynki otaczały podwórzec od lewej i prawej strony, tworząc północne i południowe skrzydła, ale od miasta zamek odcinały wały obron­ne, zaś tylne ściany palatium przylegały niemal do warownych murów miejskich. Zauważyli wychodzącego z donżonu regenta, który na ich widok wzniósł lekko dłonie, jakby chciał przywitać się z Gastonem w braterski sposób, ale po chwili opuścił je, przy­pominając sobie o piastowanej godności, i złożył ukłon. Z Bertra­nem de Saissac, zausznikiem Trencavela, Gaston często polował w górach Montagne Noire, ale w końcu etykieta miała swoje pra­wa, a Bertran był rycerzem o nienagannych manierach.
– Miło cię widzieć, Bertranie – rzekł Gaston, odwzajemnia­jąc ukłon – ale czemuż to witacie mnie żałobnymi flagami?
Bertran westchnął i rzekł z powagą.
– Wiszą tu już ponad miesiąc. Domna Comtessa kazała je zatknąć na murach, z chwilą gdy dobiegła nas wieść o śmierci twojej żony.
Łza zakręciła się w oku Gastona i musiał spojrzeć w niebo, by nic nie dać po sobie poznać. Zsiadł z konia i uścisnął ramiona regenta.
– Porzućmy te ceregiele, Bertranie! Chciałbym się tu zatrzy­mać na parę dni. Powiedz, kiedy mogę spotkać się z wicehrabią?
– Nieprędko – odrzekł Bertran, odwzajemniając pozdrowie­nie. – Jest teraz w Barcelonie. Czy to prawda, że wziąłeś krzyż?
W odpowiedzi Gaston uniósł łokieć, by na płaszczu ukazać znak krzyża. Bertran pokiwał głową.
– Mój dziad zdobył Jerozolimę razem z Rajmundem z Tu­luzy – rzekł i spojrzał z głębokim zrozumieniem i podziwem w oczy Gastona. Prawdziwym rycerzom żadnych więcej słów nie było trzeba, a że rycerski honor znaczył więcej niż scholastycz­ne spory, Bertran bynajmniej nie myślał o tym, że jest jednym z najbardziej zagorzałych katarów w Langwedocji, podczas gdy Gaston jedynie sprzyjał heretykom, wcale nie zamierzając się wy­przeć swej katolickiej wiary.
– Domna Adelajda poczytuje sobie za wielki honor gościć ciebie i twoich ludzi oraz tak znamienitego trubadura. Pozwólcie, że zaprowadzę was do waszych komnat.
Regent niespodziewanie poprowadził ich do północnego skrzydła budynku. Gaston i Vidal zdziwili się, bo goście zazwy­czaj rezydowali w palatium. Takie było jednak życzenie Adelajdy, żony wicehrabiego, a że przeznaczone im sąsiednie komnaty oka­zały się przestronne i wygodne, nie zamierzali dociekać przyczyn decyzji.

Tego samego dnia udali się na audiencję u Adelajdy. Minęli dwa wiązy stojące pośrodku dziedzińca, otoczone pierścieniem kamiennej ławki, i weszli do palatium. Przemierzając kolejne sale i korytarze, podziwiali posągi, wspaniałe kolumnady oraz naścien­ne malowidła przywołujące pamięć o czynach Karola Wielkiego, o królu Chlodwigu i jego nadnaturalnym poczęciu, o czasach rzymskiego imperium i pierwszych apostołów, którzy przybyli do Langwedocji tuż po śmierci Chrystusa. Ród Trencavela wywo­dził się od pierwszych królów Francji, legendarnych Merowin­gów, i w zamku nie brakowało po nich pamiątek. W podziemiach zamkowej kaplicy znajdowały się nawet krypty z prochami tych władców, ozdobione złotymi pszczołami – tajemniczym symbo­lem rodu. Trencavel czasem mawiał, że Carcassonne to Ateny przeniesione do stóp Pirenejów, a wtedy Gaston porównywał Ca­barez do Arkadii. Wicehrabia czuł się chyba lepiej w tej mitycznej krainie niż w swoich zamkach w Carcassonne, Albi czy Béziers, bo na dworach wasali z Montagne Noire spędzał mnóstwo czasu. Sporo też przesiadywał w Aragonii i Kastylii, zacieśniając więzi z południowymi sprzymierzeńcami. Drażniło to bardzo hrabiego Tuluzy, który chcąc udaremnić tego rodzaju konszachty, wydał córkę za Trencavela, a syna za jego siostrę, wzmacniając feudalne zależności. Kiedy więc Adelajda powiła syna Trencavelowi, wyda­wało się, że związki Carcassonne z Tuluzą stały się mocne jak ni­gdy wcześniej. Niestety w zachowaniu i planach Trencavela zaszły wkrótce widoczne zmiany. Zaczął unikać Adelajdy, rozgłaszał, że za jedynego prawdziwego suzerena uważa księcia Aragonii. Oka­zało się, że chciał jedynie zyskać na czasie, bo tak naprawdę grał w swoją grę, której celem było zaszachowanie w odpowiednim momencie hrabiego i osłabienie wpływów Tuluzy.
Trencavel i jego żona stanowili nadzwyczaj piękną parę, ale ich wzajemne pożycie nie było szczęśliwe. Ostatnio wręcz osten­tacyjnie ją zaniedbywał, jakby chcąc dać do zrozumienia, że w pogardzie ma jej urodę, która i tak nie przebije jej zdradliwego charakteru. Podejrzewał, że szpieguje dla ojca. W bardziej sprzy­jających okolicznościach pewnie pierwszy by się w niej zakochał, ale ponieważ nie mógł się pozbyć uprzedzeń wobec Tuluzy, trak­tował żonę nader ozięble i nie grzeszył wiernością. Adelajda, bę­dąc kobietą praktyczną, potrafiła radzić sobie z dystansem oka­zywanym przez męża. Od czasu do czasu zajmowały ją drobne flirty czy romanse z trubadurami i rycerzami, a że nieobca była jej sztuka dyplomacji, zazwyczaj potrafiła zadbać o to, by tajemnice tych spotkań pozostały w jej alkowie.
Przeszli w poprzek niemal całego palatium, zanim dotarli do foy­er z obszerną antresolą z drewnianą balustradą, wspięli się ku niej po schodach i po chwili znaleźli się w sali z tronem na niewielkim pod­wyższeniu i rzędem krzeseł wzdłuż ścian. Była to słynna Okrągła Sala, która swą nazwę zawdzięczała sklepieniu w kształcie kopuły. Ściany pokrywały freski przedstawiające sceny walk rycerzy z Saracenami.

Wkrótce nadeszła Adelajda. Wiedziała, jak zrobić olśniewa­jące wrażenie na poddanych. Cała błyszczała złotem i klejnotami, a przyodziewku mogłyby jej pozazdrościć nawet jerozolimskie księżniczki, znane z zamiłowania do bogatych strojów. Nałoży­ła srebrny bliaut z dwoma jedwabnymi pasami szamerowanymi złotą nicią, jeden z nich opinał ją nad brzuchem, drugi leżał uko­śnie na biodrach zawiązany w węzeł nieco poniżej pępka i spły­wał dwoma wstęgami do stóp. Suknia doskonale podkreślała jej smukłą talię.
W lekko uniesionej dłoni hrabina trzymała połę płaszcza z błyszczącego jedwabiu, rozkloszowany rękaw bliautu niemal dotykał podłogi. W chuście udrapowanej na głowie tkwiła per­łowa spinka. Na dekolcie lśnił naszyjnik z brylantów, na prze­dramieniu perłowy rękawek, nałożony na tunikę i zakrywający wierzch dłoni. Na nogach miała złocone trzewiki z kurdybanu – miękkiej koźlej skórki sprowadzanej od Maurów z Kordoby. Była drobną i zgrabną brunetką o subtelnych rysach twarzy i kształtnej głowie osadzonej na delikatnej szyi. Z trudem ukrywała podeks­cytowanie wizytą gości. Dobrze znała ich obu. Trencavel rzadko wyjeżdżał ze swoją żoną, ale parę razy uczynił wyjątek, chcąc za­znajomić ją z urokami Montagne Noire. Złożyli więc też wizytę w Cabarez, a z czasem comtessa zaczęła odwiedzać Gastona rów­nież sama, zazwyczaj pod nieobecność Na Loby. Obie panie za sobą nie przepadały, z różnych powodów uważając się za rywal­ki. Podobnie Gaston zaglądał czasem na dwór hrabiny, zazwyczaj wtedy, gdy jej mąż odbywał swoje wojaże. Mieli więc dużo okazji, by rozmawiać bez skrępowania i się ze sobą zaprzyjaźnić. Jeśli zaś chodzi o Vidala, Adelajda podkochiwała się w nim, będąc pod­lotkiem. Zaczynał wtedy karierę trubadura na dworze jej ojca. Wiele mu zawdzięczał, ale poróżnił ich sirwent, w którym su­rowo zbeształ swojego protektora. W rezultacie hrabia kazał mu wynieść się z Tuluzy i nigdy do niej nie wracać. Teraz Adelajda bystrym wzrokiem szacowała obiekt swojej adoracji z lat dziecię­cych. Trzeba przyznać, że dobrze się trzymał jak na człowieka, który dobiegał czterdziestego roku życia. Był wysoki, ale propor­cjonalnie zbudowany. Być może nie zdawał sobie nawet sprawy, jaka siła drzemie w jego dość szczupłych, ale krzepkich ramio­nach i mocnych dłoniach o długich palcach, które z niezwykłą wirtuozerią poczynały sobie z lutnią czy violą. Dość krótko przy­strzyżone czarne włosy bez najmniejszego śladu siwizny odsła­niały wysokie czoło. Miał twarz owalną, zawsze dokładnie ogo­loną, cerę lekko ogorzałą, pełne usta. Gęste brwi i brązowe oczy, zazwyczaj przesłonięte lekką mgiełką, będącą wynikiem krótko­widztwa, przydawały mu marzycielskiego uroku oraz chłopięcej nieporadności, za którą damy przepadały. Nie był może piękni­siem, ale z pewnością pozostawał atrakcyjnym mężczyzną. Wciąż podobał się Adelajdzie, ale to Gaston bardziej ją interesował. To­też do niego się zwróciła:
– Jak miło znowu cię widzieć, panie! Martwiłam się, czy wró­cisz do siebie po tak wielkiej tragedii…
– W istocie, pani, powoli do siebie wracam, chociaż droga jeszcze daleka, bo wiedzie przez Jerozolimę.
Adelajda nie wydawała się zaskoczona tym, co usłyszała.
– Być może więc niedługo spotkasz swojego syna, bo z tego, co wiem, już tam jest.
– Skąd masz tę wiedzę, pani? – zapytał Gaston i cień zdumie­nia przemknął po jego twarzy.
– Wieści o twoim synu szybko się rozchodzą, zwłaszcza odkąd pokonał w pojedynku pewnego rycerza. Wstąpił do tem­plariuszy. Potrzebują teraz nowych ludzi do obrony zamorskich komandorii. Zanosi się na to, że niedługo potrwa rozejm z Sala­dynem.
– Tak, słyszałem o tym. Żałuję, że Roger popełnia jeden nie­rozważny czyn po drugim. Chciałem się z nim spotkać, ale jeśli jest, jak mówisz, znajdę go w Outremer.
– Zapewne. Pozwól jednak, że dam ci dobrą radę. Spotkaj się, panie, z rządcą Carcassonne. Powie ci też coś o nawach, które wkrótce odpływają do Ziemi Świętej.
Gaston skłonił głowę z szacunkiem.
– Tak uczynię. Dziękuję, pani, za pamięć o mnie i mojej żonie – odrzekł Gaston, czyniąc aluzję do żałobnych chorągwi. Rzekł to jednak oficjalnym tonem, który nie przypadł do gustu Adelajdzie. Nie rozmawiali wprawdzie na prywatnej stopie, ale potraktował ją tak, jakby wcześniej się nie znali. Słyszała jednak, jak trudno mu było pogodzić się ze śmiercią Na Loby. Dochodziły ją nie­pokojące wieści o tym, że pije na umór. Słudzy bali się wejść do jego komnaty, bo groziło to uszczerbkiem na zdrowiu. Tolerował jedynie towarzystwo Vidala, którego obecność tutaj dowodziła, że pogłoski o ich świeżo zadzierzgniętej przyjaźni nie są plotką.
– Jak widzę, zabierasz z sobą, panie, słynnego trubadura. Czy po to, by opiewał twoje rycerskie czyny? – zapytała Adelajda.
– Nie, pani, sam decyduję o własnym losie – odrzekł Vidal, uprzedzając odpowiedź Gastona.
– I cóż wpłynęło na twoją decyzję? – Adelajda podczas tej audiencji zwróciła się do niego po raz pierwszy.
Vidal wydął wargi, jego dłoń wykonała trochę zakłopotany, a zarazem niecierpliwy gest, jakby chciała przedstawić jakąś nie­widzialną postać.
– Prawdę mówiąc, od dawna nosiłem się z myślą napisania romansu rycerskiego, a Ziemia Święta to całkiem dobre miejsce do znalezienia inspiracji…
– Kolejny romans rycerski? – przerwała mu Adelajda. Vidal po­czuł się głęboko zraniony tą uwagą, gdyż zawsze uważał się za postać nietuzinkową. Poza tym nie lubił być ignorowany, zwłaszcza przez wysoko urodzone damy, które kiedyś okazywały mu uwielbienie.
– Kolejny? Wszak żadnego jeszcze nie stworzyłem…
– Wybacz, panie, ale pisanie powieści stało się wśród truba­durów bardzo popularne, Robert de Boron, Guiot de Province, wszyscy piszą romanse o rycerzach i Graalu.
– Cóż… – odrzekł Vidal. – Może w takim razie przemilczę Graala.
Adelajda się roześmiała.
– Nie nalegam, bo to ciekawy wątek. Wiem, że zawsze zależa­ło ci na swobodzie wypowiedzi. Doskonale pamiętam, jak odsą­dziłeś od czci i wiary mojego ojca w jednym ze swoich sirwentów, nie bacząc na konsekwencje, jakie mogą cię spotkać.
– I szczerze przyznaję, że był to błąd – odrzekł Vidal.
To wyznanie bardzo rozbawiło Adelajdę i musiała opanować nielicującą z powagą sytuacji wesołość. Widać było, że w przeci­wieństwie do wymiany zdań z nieco burkliwym tego dnia Gasto­nem rozmowa z Vidalem sprawiała jej przyjemność.
– Ach, tak… – odrzekła. – Miło to słyszeć po tylu latach. Cie­szę się – i mówiąc te słowa, zwróciła się do Gastona – że znalazłeś przyjaciela w osobie, która zawsze była bliska memu sercu.
– Mnie zaś cieszy to, że wciąż mogę liczyć na twoją przyjaźń, pani – powiedział Vidal, kłaniając się dwornie. – Mimo że popa­dłem w niełaskę u twojego ojca.
– Doprowadzę między wami do pojednania, ale… pod jed­nym warunkiem.
– Słucham, comtesso!
– Poświęcisz mi canzo, w którym mnie za to pochwalisz.
– Wobec tego napiszę całą epopeję – odrzekł Vidal z właści­wą sobie kurtuazją.
– Zbytek łaski, Peire. Wystarczy parę wersów – rzekła z uśmiechem, a Vidal uprzejmie skinął głową, choć nie sprawiał wrażenia uszczęśliwionego wizją pojednania z hrabią Rajmun­dem. Cóż po Tuluzie, skoro wybierał się do Ziemi Świętej i nie miał pewności, czy kiedykolwiek stamtąd wróci.

Po spotkaniu z Adelajdą Gaston zmęczony drogą usnął nie­mal natychmiast i spał aż do wieczora. A gdy się obudził, ujrzał list na stoliku u wezgłowia. Nie miał pojęcia, kto miał czelność wejść do komnaty. Oburzenie wkrótce jednak przerodziło się w zdumienie. Usiadł na pościeli, krzyżując nogi po turecku, i za­stanawiał się nad słowami, które właśnie przeczytał. Ich autorką rzekomo była Adelajda. Wynikało z nich, że chciałaby się umówić z Gastonem na schadzkę. Wszystko miało się odbyć w wielkiej tajemnicy. Blisko północy do jego drzwi miał zapukać ktoś z lam­pą oliwną w dłoni i wskazać drogę do sekretnej komnaty. Czyż­by Adelajda nie zdawała sobie sprawy, że naraża w ten sposób swoje i jego dobre imię? Umysł Gastona pracował gorączkowo. Raz jeszcze spojrzał na list. Widniał na nim podpis hrabiny, choć oczywiście nie było pieczęci. Gaston zastanawiał się, czy nie kry­ła się za tym jakaś intryga. Z pewnością wielu wpływowym oso­bom mogłoby zależeć na skompromitowaniu Adelajdy. Niemal w tej samej chwili rozległo się głośne pukanie. Skończył się czas rozmyślań, nastał czas męskich decyzji. Gaston ubrał się szybko, narzucił płaszcz. Na wszelki wypadek wcisnął też puginał za pas. Strzeżonego rozsądek strzeże, mruknął pod nosem, nie chcąc w całą sprawę mieszać Boga.

Za drzwiami stał zakapturzony człowiek w mnisiej szacie, z kagankiem w dłoni. Gaston chciał go pozdrowić, ale mnich przytknął palec do miejsca, gdzie najpewniej znajdowały się nie­widoczne w półmroku usta, po czym obrócił się na pięcie i za­czął bezszelestnie sunąć przed siebie. Dotarli do końca korytarza, podążyli w górę schodów, aż natrafili na drzwi prowadzące do wartowni i dalej do wysokiego krużganka. Gaston usłyszał łopot żałobnych chorągwi. Mnich osłonił ręką płomień lampy, by nie zgasił go przeciąg. Szli po trzeszczących deskach podestu osło­niętego z jednej strony drewnianym parkanem z otworami do ciskania kamieniami oraz szczelinami dla łuczników, z drugiej – ukośnie krzyżującymi się belkami wspierającymi drewniany daszek. Poprzez prześwity Gaston widział przeciwległy budynek palatium, w którym na piętrze, w rzędzie wysokich okien drżało światło płonących pochodni. Na dziedzińcu wiatr szeptał w li­ściach i kołysał gałęziami dwóch stojących obok siebie wiązów. Zbliżali się do bliźniaczych wież bramy wjazdowej. Czarne cho­rągwie powiewały na wietrze jak suknie tańczących dam. Gaston odniósł wrażenie, że porusza nimi duch Na Loby. Zobaczył jej twarz zatopioną w myślach, jakby wpatrywała się w jego duszę z surowo ściągniętymi brwiami i wers po wersie odczytywała z niej wszystkie jego dobre i złe czyny, których nie poznała za życia. Granice między snem a jawą zacierały się tej nocy. Szedł za milczącą postacią zarysowującą się niewyraźnie lub całkiem niknącą w mroku. Jeśli to rzeczywistość, udawał się na spotkanie, które nie mogłoby spodobać się Na Lobie. Jeśli to sen, wędro­wał poprzez zakamarki własnego sumienia do komnaty, w której Sprawiedliwość położy na szali wszystkie jego uczynki. Napotka­ni po drodze wartownicy bynajmniej nie przywracali Gastonowi poczucia realności, milczeli jak zaklęci. Zastanawiał się, dlaczego mnich prowadzi go okrężną drogą, a raczej ruchem konika sza­chowego. Rozumiał, że inna trasa bez opuszczania budynku była niemożliwa, gdyż z drugiej strony skrzydło stykało się z kaplicą. Nie wiedział jednak, dlaczego po prostu nie mogli przeciąć dzie­dzińca. Może by nie przechodzić pod oknami Bertrana de Sais­sac? Mógłby się zaniepokoić wizytą składaną domnie comtessie o tak późnej porze.
Pokonali krużganek warownego muru i skręcili w drugie skrzydło zamku. Z okien wychodzących na południowy, mniej­szy dziedziniec Gaston mógł zobaczyć sierp księżyca wiszący nad jedyną kanciastą wieżą Pinte, którą wcześniej, stojąc na moście, pokazywał Vidalowi. Z jej górnego piętra Trencavel miał widok na całą okolicę i mógł łatwo dojrzeć nadciągające wojska. Po przejściu przez budynek skręcili do donżonu, minęli kilku straż­ników, którym ktoś nakazał przymknąć oko na dwa przemykają­ce cienie, i schodami w dół dotarli do celu. Mnich zatrzymał się przy drzwiach komnaty i trzy razy uniósł kaganek, dając usta­lony sygnał, po czym gwałtownie zdmuchnął płomyk i zniknął w ciemnościach.
Drzwi uchyliły się niemal od razu i w szczelinie dojrzał Ade­lajdę trzymającą w dłoni lichtarzyk.
– Wybacz, panie, tę maskaradę – rzekła.
Miała na sobie skromną tunikę z cienkiego materiału, ob­ramowaną złotogłowiem przy dekolcie, jej rozpuszczone włosy opadały na ramiona. Zachowywała się również o wiele swobod­niej niż w trakcie audiencji.
W przestronnej, ale dość gęsto zastawionej meblami kom­nacie panował przyjemny półmrok, rozświetlany jedynie migo­taniem świec na lichtarzach porozstawianych na półkach, zaś z kadzideł unosił się delikatny dym o zapachu mirry. Usiedli przy mahoniowym stoliku, na blacie którego stały dwa puchary inkru­stowane szlachetnymi kamieniami i srebrny dzban z winem. Bez uroczystej sukni, w prostej zwiewnej szacie, pod którą rysowa­ły się kształtne piersi, Adelajda wyglądała bardzo pociągająco. Zresztą wszystko wokół drażniło zmysły. Tuż za jej plecami znaj­dowała się komoda z lustrem, zastawiona flakonami, puzderkami, miseczkami z wonnościami i barwiczką. Nieco dalej stało heba­nowe łoże z delikatnie uchyloną zasłoną, jakby w geście zapro­szenia. Wsporniki baldachimu owijały rzeźbione liście winorośli. Czarne i gładkie drewno błyszczące w blasku świec skojarzyło się Gastonowi z namaszczonym ciałem etiopskiej niewolnicy. Szczy­tem wszystkiego był arras, na którym dama siedząca pod rajską jabłonią pieściła róg jednorożca.
– Czy wiesz, dlaczego cię zaprosiłam, panie? – zapytała Ade­lajda, przerywając milczenie.
– Mam tylko mgliste domysły – odrzekł.
– Pozwól, Gastonie, że zapytam wprost: czy masz mi coś za złe?
– Mam tylko sobie coś za złe… Moje postępowanie wobec Na Loby.
Adelajda westchnęła.
– A więc jednak mnie obwiniasz!
– Nie, Adelajdo, nie ma w tym twojej winy, szczególnie że… nie byłaś jedyna.
– Domyślałam się tego, choć potrafiłeś przekonać, że jest inaczej.
– Wybacz, pani – odrzekł, spuszczając wzrok.
– Chyba jednak nie mojego wybaczenia szukasz, skoro wy­bierasz się do Jerozolimy.
– To prawda. Twoja życzliwość nie zbawi mojej duszy – rzekł Gaston.
Adelajda sięgnęła po srebrny dzbanek i zaczęła nalewać wina do pucharów.
– Zaprzedanej diabłu za parę dzbanów wina?
– I wspomniane wcześniej przygody z kobietami.
– Wobec tego za odzyskanie duszy, Gastonie!
Po spełnieniu toastu zapytała:
– Czy mam więc twoje słowo, że nic się między nami nie zmieniło?
– Masz je, pani.
Położyła rękę na jego dłoni opartej na stole.
– Skąd więc ten chłód?
Gaston westchnął i milczał, nie znajdując właściwych słów.
– Obwiniasz się o swoje zdrady… – nie przestawała dociekać.
– Powiedzmy, że bardziej zdaję sobie z nich sprawę.
– A ze zdrad twojej żony?
– Również – rzucił, a po chwili zapytał, mimowolnie podno­sząc głos: – Skąd o tym wiesz, pani?
Adelajda przytknęła palce dłoni do jego ust.
– Ktoś może usłyszeć, nie jesteśmy w Montagne Noire – po­wiedziała tonem delikatnej przygany, a po chwili dodała: – Mam dobrych informatorów.
Jej palce zaczęły pieszczotliwie obwodzić linię jego warg.
– Są takie zaciśnięte, inne niż kiedyś… Może zanim prze­mienisz się w Parsifala, powinieneś zażyć rozkoszy w ramionach kobiety? – powiedziała, patrząc mu śmiało w oczy.
– Może… – odrzekł Gaston i przechyliwszy głowę, zaczął ca­łować jej palce. Adelajda nie cofnęła dłoni, pozwalała na coraz bardziej namiętne pocałunki. Jej policzki wyraźnie się zaczerwie­niły, oddech przyspieszył, a pod tuniką zarysowały się nabrzmia­łe sutki. Gra zdawała się dopiero zaczynać, więc niemałe było zdumienie Gastona, gdy Adelajda niespodziewanie ją przerwała. Cień zranionej dumy pojawił się na jej twarzy. Nagle wstała i rzu­ciła z lekką irytacją:
– Skoro zdrady nie dają ci spokoju, pozwól, panie, że coś ci pokażę! – po tych słowach, nie czekając na jego reakcję, narzuciła podbitą futrem pelerynę i wyjęła klucz ze szkatułki. Czyżby com­tessa nagle nabrała ochoty na spacer? Rycerz z żalem popatrzył na hebanowe łoże. Adelajdzie udało się już rozpalić zmysły Ga­stona, choć jego sumienie powinno się cieszyć z takiego rozwoju wypadków. […]

cdn

SŁOWNICZEK:

Fragment canzo, które Peire Vidal ułożył dla Na Loby. Tłum. Arka­diusz Rączka.

Idę do niej z radością

To nic, że ślisko i śnieg.

To nic, że wiatr dmie.

Wilczyca mówi, że jestem jej.

Na mą wiarę, nie myli się.

Nikt inny do mnie, choćby ja sam

Nie ma jak ona tak wielkich praw.

Karol Młot – władca państwa Franków i dowódca frankijskiej armii, która w 732 roku w bitwie pod Poitiers powstrzymała pochód wojsk muzuł­mańskich na Europę.

W 1187 roku hrabią Trypolisu był Rajmund III. Założycielem hrabstwa był hrabia Rajmund IV z Tuluzy, jeden z przywódców pierwszej krucjaty. Od czasu zdobycia przez niego Trypolisu w 1102 roku miastem władali jego potom­kowie aż do 1289 roku. Jest więcej niż prawdopodobne, że kolejni hrabiowie trypolitańscy szukali wsparcia w Langwedocji, skąd wywodził się ich ród.

Saladyn (1137 lub 1138–1193) – to spolszczenie od Salah ad-Din. Tak nazywał się jeden z najsłynniejszych saraceńskich władców, który zjednoczył wyznawców islamu w walce przeciw krzyżowcom. Nosił tytuł sułtana Egiptu, ale jego imperium rozciągało się od Jemenu na północ przez Arabię Saudyjską, północny Irak, Syrię aż po wschodnią Turcję, zaś od Syrii na zachód aż po Egipt, granicząc z Outremer, czyli terenami należącymi do krzyżowców.

Nazwa miasta Carcassonne powstała z połączenia imienia Carcas należącego do wspomnianej księżniczki oraz czasownika sonner (fr. dzwo­nić). Zgodnie z legendą jeden z wojowników Karola Wielkiego, słysząc dźwięk dzwonów (lub trąbek – wedle innej wersji), miał wykrzyknąć: „Carcas sonne!”

Deus le Volt! (łac. Bóg tak chce) – powszechne zawołanie krzyżowców; tymi słowami papież Urban II na synodzie w Clermont w 1095 roku zakończył przemowę, w której ogłosił pierwszą krucjatę.

Bertran de Saissac – baron langwedocki, a zarazem gorliwy wyznawca kataryzmu, który był także wychowawcą i opiekunem syna Trencavela.

Bliaut – wąska tunika do kostek, o długich rękawach, noszona przez kobiety na średniowiecznych dworach od VIII do XIII wieku.

Sirwent (prowans. sireventés) – pieśń trubadurów o charakterze oko­licznościowym, często w formie satyrycznej. Czasami przybierała charakter politycznego pamfletu.

Książka do kupienia na www.publisher.totemhq.com

Chcesz czytać dalej? Zostaw swój e-mail:

Imię i nazwisko

Adres e-mail

Zgoda na wysłanie całości zawsze zależy od autora.

ostatnia aktualizacja: 12 listopada 2016, katarzyna


3 odpowiedzi na Arkadiusz Rączka, Herezja

  1. Zainteresowałam się tą książką, bo interesuję się średniowieczem i herezjami. Ale nie widziałam jej w żadnej księgarni

  2. katarzyna katarzyna // 3 maja 2016 o 21:14 // Odpowiedz

    Książkę można kupić na razie wyłącznie przez internet, na stronie wydawnictwa: http://publisher.totemhq.com/

  3. Przeczytałam fragment! Juz się wciągnęłam!!! Pobudza wyobraźnie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.


*